środa, 28 października 2015

Niespodziewane "niańczenie"




   Zakupy bardzo udane. Jednak w ich trakcie, miałem nie lada zagwozdkę… Jakie mam kupić te ciastka firmy Dr. Gerard. Ale pomyślałem sobie tak: „jutro jest sobota, pogoda zapowiada się dobrze, to pojadę w rodzinne strony i odwiedzę bliskich. Muszę tylko zadzwonić , żeby dowiedzieć się, jakie mają na jutrzejszy dzień plany”. W sklepie jednak był bardzo słaby zasięg, więc z połączenia nic nie wyszło. „A to zrobię im niespodziankę i nie będę dzwonił. Jeśli nie zastanę nikogo, to pójdę do lasu na grzyby”. nakupiłem różnych ciasteczek – dla siebie, domowników i dzieciaków w rodzinie. Dla każdego z nich – wszystkim jednakowe żeby nie było płaczu i zawiści, jak to u dzieciaków zwykle bywa – kupiłem „Zwierzaki” oraz „Witaminki”. W sobotni poranek kiedy obudziłem się, za oknem było jeszcze szaro. Na wschodnim niebie jednak pojawiał się blask, który zapowiadał piękny – słoneczny jesienny dzień. Kolory przestrzeni niebios przechodziły – od niemal czarnej na zachodzie, poprzez ciemno granatową po środku, po jasno błękitną – niemal białą na horyzoncie wschodnim. Gdzieniegdzie dogasały jeszcze iskierki gwiazd, gdzieniegdzie rozpływały się smugi po przelatujących samolotach. Spojrzałem na termometr. Wskazywał -3 stopnie. Według prognoz, w dzień miało być +18! Jak się ubrać na ewentualność pójścia do lasu…? Trzeba chyba zabrać ze sobą jakieś rzeczy do przebrania. Powrzucałem do torby coś do zmiany – i pojechałem. W niespełna godzinę byłem już na miejscu. Poszedłem do kuzynki, z którą utrzymujemy oboje najbliższe kontakty. Kiedy mnie zobaczyła, to była bardzo ucieszona. W jej oczach zauważyłem jednak niepokój. Zapytałem ją, czy coś się stało. Zrobiła bardzo głupią minę. Nalegałem jednak aby „waliła prosto z mostu”. Po chwili nieśmiało powiedziała, że zapomniała o pewnej sprawie którą dziś miała załatwić. A Waldek pojechał na grzyby, w pośpiechu zapomniał komórki a ona niema z kim zostawić dzieciaków. Zaproponowałem pomoc – to znaczy, że zostanę z dziećmi. Wprawdzie nie daję gwarancji za całokształt moich działań, ale zgłaszam swoje chęci. Uradowana Mariola roześmiała się od ucha do ucha i powiedziała, że „z nieba jej spadłem”. Wytłumaczyła mi jak mam postępować w razie czego, zabrała komórkę – i zniknęła. Dzieciaki okazały się nadzwyczaj grzeczne. A w dodatku skupiły się na smacznych ciasteczkach. Czas nam upłynął szybko i spokojnie. Mariola zaraz po załatwieniu swojej sprawy wróciła z powrotem. Chwilę później przyjechał Waldek, z bagażnikiem pełnym opieniek. Mariolę siódme poty oblały kiedy to zobaczyła, bo dobrze wiedziała, że zanim wszyscy zachwycać się będą smakiem tych grzybków, to ją czeka cały wieczór – a może jeszcze i pół nocy – pracy przy nich. Mnie nie dane było już pójść do lasu, ale za dobrze wykonanie zadania, dostało mi się pełne wiadro grzybków. Tak więc moja wizyta u rodzinki, dla wszystkich nas zakończyła się dobrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz