Zakupy bardzo
udane. Jednak w ich trakcie, miałem nie lada zagwozdkę… Jakie mam kupić te ciastka
firmy Dr. Gerard. Ale pomyślałem sobie tak: „jutro jest sobota, pogoda
zapowiada się dobrze, to pojadę w rodzinne strony i odwiedzę bliskich. Muszę
tylko zadzwonić , żeby dowiedzieć się, jakie mają na jutrzejszy dzień plany”. W
sklepie jednak był bardzo słaby zasięg, więc z połączenia nic nie wyszło. „A to
zrobię im niespodziankę i nie będę dzwonił. Jeśli nie zastanę nikogo, to pójdę
do lasu na grzyby”. nakupiłem różnych ciasteczek – dla siebie, domowników i
dzieciaków w rodzinie. Dla każdego z nich – wszystkim jednakowe żeby nie było
płaczu i zawiści, jak to u dzieciaków zwykle bywa – kupiłem „Zwierzaki” oraz „Witaminki”.
W sobotni poranek kiedy obudziłem się, za oknem było jeszcze szaro. Na
wschodnim niebie jednak pojawiał się blask, który zapowiadał piękny – słoneczny
jesienny dzień. Kolory przestrzeni niebios przechodziły – od niemal czarnej na
zachodzie, poprzez ciemno granatową po środku, po jasno błękitną – niemal białą
na horyzoncie wschodnim. Gdzieniegdzie dogasały jeszcze iskierki gwiazd, gdzieniegdzie
rozpływały się smugi po przelatujących samolotach. Spojrzałem na termometr.
Wskazywał -3 stopnie. Według prognoz, w dzień miało być +18! Jak się ubrać na
ewentualność pójścia do lasu…? Trzeba chyba zabrać ze sobą jakieś rzeczy do
przebrania. Powrzucałem do torby coś do zmiany – i pojechałem. W niespełna
godzinę byłem już na miejscu. Poszedłem do kuzynki, z którą utrzymujemy oboje
najbliższe kontakty. Kiedy mnie zobaczyła, to była bardzo ucieszona. W jej
oczach zauważyłem jednak niepokój. Zapytałem ją, czy coś się stało. Zrobiła
bardzo głupią minę. Nalegałem jednak aby „waliła prosto z mostu”. Po chwili
nieśmiało powiedziała, że zapomniała o pewnej sprawie którą dziś miała
załatwić. A Waldek pojechał na grzyby, w pośpiechu zapomniał komórki a ona
niema z kim zostawić dzieciaków. Zaproponowałem pomoc – to znaczy, że zostanę z
dziećmi. Wprawdzie nie daję gwarancji za całokształt moich działań, ale
zgłaszam swoje chęci. Uradowana Mariola roześmiała się od ucha do ucha i
powiedziała, że „z nieba jej spadłem”. Wytłumaczyła mi jak mam postępować w
razie czego, zabrała komórkę – i zniknęła. Dzieciaki okazały się nadzwyczaj
grzeczne. A w dodatku skupiły się na smacznych ciasteczkach. Czas nam upłynął
szybko i spokojnie. Mariola zaraz po załatwieniu swojej sprawy wróciła z
powrotem. Chwilę później przyjechał Waldek, z bagażnikiem pełnym opieniek.
Mariolę siódme poty oblały kiedy to zobaczyła, bo dobrze wiedziała, że zanim
wszyscy zachwycać się będą smakiem tych grzybków, to ją czeka cały wieczór – a może
jeszcze i pół nocy – pracy przy nich. Mnie nie dane było już pójść do lasu, ale
za dobrze wykonanie zadania, dostało mi się pełne wiadro grzybków. Tak więc
moja wizyta u rodzinki, dla wszystkich nas zakończyła się dobrze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz