poniedziałek, 26 października 2015

Na szczęście - Dr. Gerard




   Zakupy odzieży zimowej zawsze odkładałem na ostatnią chwilę. Na inne pory roku tego typu zakupy raczej nie sprawiały mi aż takich trudności. Natomiast kupić coś do ubrania się na zimę, to był dla mnie koszmar od zarania dziejów. Wybrałem się więc po raz kolejny, po to aby kupić zimową kurtkę. Do tej pory poświęciłem już chyba cztery popołudnia na ten właśnie cel – za każdym razem bez skutku… Powoli zacząłem tracić już nadzieję, że gdziekolwiek znajdę takie coś, co mi odpowiada. Robiło się coraz bardziej jesiennie. Dni stawały się coraz krótsze, jesień stawała się mokra, zimna i ponura… Ale kiedyś – chyba z miesiąc temu – spotkałem Darka. To stary dobry kumpel z dawnej pracy. Kiedy pracowaliśmy razem, to byliśmy najlepszymi kumplami. Przyjaźniliśmy się, spotykaliśmy się, odwiedzali… W pewnym momencie nasze drogi się jednak rozeszły. Później jeszcze utrzymywaliśmy kontakt. Jednak nasze spotkania stawały się coraz rzadsze. Każdy przecież ma swoje życie – swoje rodziny, plany, obowiązki… Usiłowałem sobie przypomnieć, kiedy to ostatnim razem widzieliśmy się. Obaj myśleliśmy nad tym, ale żadnemu z nas nie udało się niczego wymyślić. Pewne było jedno – że nie spotkaliśmy się od kilku ładnych lat. Darek nerwowo zaczął zagryzać ciastka. Zauważyłem kątem oka, że są to „Pryncypałki” – firmy Dr. Gerard. Zawsze jak chciał się mocno skoncentrować, to musiał coś sobie schrupać. Jednak tym razem nic nie pomogło. Wymieniliśmy sobie numery telefonów, obiecaliśmy sobie wzajemnie że musimy odświeżyć kontakt ze sobą – i rozstaliśmy się. Darek obiecał że zadzwoni pierwszy, tylko sprawdzi kiedy będą mieli z rodzinką wolny weekend. I jak powiedział, tak słowa dotrzymał. Z „PoDarka” zawsze był słowny człowiek. Zadzwonił w środę, z pytaniem czy mam wolny najbliższą sobotę. Akurat ani ja, ani żona nie mieliśmy niczego w planie na ten dzień. Ustaliliśmy więc, że spotykamy się uOli i Darka w sobotę o osiemnastej. Jak się okazało, mieszkają oni na nowo wybudowanym osiedlu. Żona chciała kupić coś obok nas, żeby nie iść w gości z gołymi rękami. Przekonałem jednak Elę, że przecież skoro ludzie tam mieszkają, to i sklepy też jakieś muszą być. Na szczęście przystała na moją sugestię bez oporów. „Na szczęście”- gdyż okazało się, że w sąsiedztwie sklepu spożywczego w którym dokonaliśmy zakupów, znajduje się pawilon z odzieżą, gdzie znalazłem dla siebie idealną kurtkę na zimę. A w spożywczaku kupiliśmy pyszne „Wafle” od Dr. Gerarda i mołdawski muskat, który był nawet schłodzony. Ciastka bardzo smakowały, wino również. Ola z Darkiem coś też przygotowali. Posiedzieliśmy kilka godzin. Wszyscy zadowoleni rozstaliśmy się około północy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz