Zakupy odzieży
zimowej zawsze odkładałem na ostatnią chwilę. Na inne pory roku tego typu
zakupy raczej nie sprawiały mi aż takich trudności. Natomiast kupić coś do
ubrania się na zimę, to był dla mnie koszmar od zarania dziejów. Wybrałem się
więc po raz kolejny, po to aby kupić zimową kurtkę. Do tej pory poświęciłem już
chyba cztery popołudnia na ten właśnie cel – za każdym razem bez skutku… Powoli
zacząłem tracić już nadzieję, że gdziekolwiek znajdę takie coś, co mi
odpowiada. Robiło się coraz bardziej jesiennie. Dni stawały się coraz krótsze,
jesień stawała się mokra, zimna i ponura… Ale kiedyś – chyba z miesiąc temu – spotkałem
Darka. To stary dobry kumpel z dawnej pracy. Kiedy pracowaliśmy razem, to
byliśmy najlepszymi kumplami. Przyjaźniliśmy się, spotykaliśmy się, odwiedzali…
W pewnym momencie nasze drogi się jednak rozeszły. Później jeszcze
utrzymywaliśmy kontakt. Jednak nasze spotkania stawały się coraz rzadsze. Każdy
przecież ma swoje życie – swoje rodziny, plany, obowiązki… Usiłowałem sobie
przypomnieć, kiedy to ostatnim razem widzieliśmy się. Obaj myśleliśmy nad tym,
ale żadnemu z nas nie udało się niczego wymyślić. Pewne było jedno – że nie
spotkaliśmy się od kilku ładnych lat. Darek nerwowo zaczął zagryzać ciastka.
Zauważyłem kątem oka, że są to „Pryncypałki” – firmy Dr. Gerard. Zawsze jak
chciał się mocno skoncentrować, to musiał coś sobie schrupać. Jednak tym razem
nic nie pomogło. Wymieniliśmy sobie numery telefonów, obiecaliśmy sobie
wzajemnie że musimy odświeżyć kontakt ze sobą – i rozstaliśmy się. Darek
obiecał że zadzwoni pierwszy, tylko sprawdzi kiedy będą mieli z rodzinką wolny
weekend. I jak powiedział, tak słowa dotrzymał. Z „PoDarka” zawsze był słowny
człowiek. Zadzwonił w środę, z pytaniem czy mam wolny najbliższą sobotę. Akurat
ani ja, ani żona nie mieliśmy niczego w planie na ten dzień. Ustaliliśmy więc,
że spotykamy się uOli i Darka w sobotę o osiemnastej. Jak się okazało,
mieszkają oni na nowo wybudowanym osiedlu. Żona chciała kupić coś obok nas,
żeby nie iść w gości z gołymi rękami. Przekonałem jednak Elę, że przecież skoro
ludzie tam mieszkają, to i sklepy też jakieś muszą być. Na szczęście przystała
na moją sugestię bez oporów. „Na szczęście”- gdyż okazało się, że w sąsiedztwie
sklepu spożywczego w którym dokonaliśmy zakupów, znajduje się pawilon z
odzieżą, gdzie znalazłem dla siebie idealną kurtkę na zimę. A w spożywczaku
kupiliśmy pyszne „Wafle” od Dr. Gerarda i mołdawski muskat, który był nawet
schłodzony. Ciastka bardzo smakowały, wino również. Ola z Darkiem coś też
przygotowali. Posiedzieliśmy kilka godzin. Wszyscy zadowoleni rozstaliśmy się
około północy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz