Na miejsce wróciliśmy
potwornie zmęczeni. Chyba siódme poty wylaliśmy z siebie. Upał był potworny,
dobrze że od czasu do czasu polewaliśmy się wodą. Kiedy wszedłem do pokoiku, to
zaraz złapałem butelkę wody mineralnej i wypiłem ją całą. Nie chciało mi się
wcale jeść. Położyłem się i zaraz zasnąłem. Obudziło mnie szczekanie psa. Nie
wiedziałem gdzie jestem i co się dzieje. Śniły mi się jakieś koszmary. Po
chwili ocknąłem się i pokojarzyłem wszystko dokładnie. Szczekanie psa – to Killerowi
nie podobali się jacyś ludzie którzy zawitali do pani Heleny. Szybko
zorientowałem się że to nie „jacyś ludzie”, tylko Dorota z Wieśkiem. I przyszli
nie do pani Heleny, tylko do mnie. Pani Helena zapytała mnie, czy jadłem obiad.
Bo jeśli nie, to poczęstuje mnie gołąbkiem z ryżem, kaszą i dziczyzną, w sosie
grzybowym. Brzmiało to bardzo interesująco, ale głodu jakoś jeszcze nie
odczuwałem. Wiesiek kiedy to usłyszał, to zaczął łykać ślinkę raz za razem.
Odpowiedziałem pani Helenie, że sięgnę do torby po jakiś aperitif i tak za
godzinkę skuszę się. Pani Helenka zauważyła odruch Wieśka i natychmiast zorientowała
się, że z mojego kolegi to łakomczuch jakich mało. Dodała więc, że na deser
poda mi jeszcze galaretkę z owocami na biszkoptach Dr. Gerarda i bitą śmietaną,
posypane drażami „Maltikeks”. Wiesiek zrobił głupią minę i powiedział, że teraz
pójdą na spacerek i przyjdą trochę później. Sięgnąłem do torby i wyciągnąłem
szklaną butelkę. Otworzyłem ją i nalałem do szklanki złocistego napoju z pianką.
Szybko opróżniłem połowę z niej. Resztę wypiłem powoli. Poczułem głód.
Zapukałem do pani Helenki. Po korytarzu roznosił się nierealnie smakowity
zapach pieczonych gołąbków, oraz sosu grzybowego. Pani Helenka poprosiła abym
wszedł. Na stole poukładane było bajecznie wyglądające ciasto. Odruch łykającej
ślinki pojawił się również i u mnie. Pani Helenka przyjaźnie uśmiechnęła się. A
pan Stefan – mąż pani Helenki – zaprosił mnie do stołu. Tak wyśmienitej obiado-kolacji
jeszcze w życiu nie jadłem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz