Czas zająć się sobą…
Wprawdzie mogłem trochę potrenować z Dżekim, ale przy takiej pogodzie, w
tamtych warunkach wyglądałbym tak jak on, albo jeszcze gorzej. Ponieważ nie
preferuję biegania na twardym gruncie – typu asfalt, beton, kamienie, itp. Wolę
mieć pod nogami grunt sprężysty – trawa, ściółka leśna… Wtedy stawy nóg nie są
tak bardzo obciążone, kręgosłup również mniej nam ucierpi. Jeśli istnieje
możliwość, to warto pobiegać na bieżni tartanowej. Ja akurat taką możliwość posiadam,
bo kilkaset metrów od domu, jest pełnowymiarowa bieżnia z tartanową
nawierzchnią. Często tam się więc wybieram – sam, lub ze znajomymi. Jak jest
więcej osób, to i można więcej, bo bardziej się chce – jest większa
mobilizacja. Chociaż kiedy się rozmawia z innymi osobami na ten temat, to
zdania są podzielone. Jedni wolą sami, inni razem. Ja wolę tę drugą opcję. No,
chyba że nie ma z kim…
Dres był jeszcze
nieco wilgotny po czyszczeniu wodą z pompy. Do butów też trochę wody się dostało.
Przebrałem się zatem, złapałem po ciastku i potruchtałem na bieżnię. Było dość
wilgotno, ale powietrze było dość rześkie. Chmury się rozstępowały i od czasu
do czasu prześwitywało przez nie słońce. Pogoda wręcz wymarzona do rozruszania
kości. Jednak po tartanie ruszało się zaledwie kilka osób. Większość pewnie już
była wcześniej… Miałem dziś duże opóźnienie – to wszystko przez te hasanie
futrzaka po trawiastych mokradłach! Pobiegałem sobie pół godziny, później dla
wyluzowania 10 minut marszu – i znów szybciej, tym razem 20 minut. Na dziś
wystarczy! Teraz do sklepiku po jakiegoś smakołyka! Dziś jest wtorek, to niech
będzie coś na literę „W”. Akurat pod ręką – pierwsze z brzegu były „WIT’AM”,
oraz „WITAMINKI”. Dr. Gerard to robi niezłe ciastka! Kupiłem to co chciałem i
poszedłem do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz