W końcu nadszedł ten dzień, na który tak długo czekałem.
Staliśmy wtedy na parkingu w centrum miasta pod jednym z większych centrów
handlowych w okolicy. Nie musieliśmy długo czekać, aby zobaczyć wyłaniający się
zza kilku przecznic nasz autokar. Za niedługą chwilę stał już przed nami. Po
spakowaniu bagaży, usiedliśmy wygodnie i ruszyliśmy w drogę. Nasza droga
prowadziła przez dzielnicę starych kamienic, a jak już wyjechaliśmy z miasta
naszym oczom ukazał się widok bezkresnych, mieniących się na żółto pól rzepaku.
Jako, że przez dłuższy czas krajobraz za oknami się nie zmieniał, pasażerowie w
tym ja, zaczęli się zwyczajnie nudzić. Zaczęły się spacery po autokarze.
Koleżanka, która podeszła do mnie poczęstowała mnie pysznymi MARKIZAMI, jak się
dowiedziałem, produkowane przez firmę Doktora Gerarda. Aby się odwdzięczyć
obdarowałem ją sowitą garścią KRAKERSÓW, których miałem ze sobą dwie paczki.
Niedługo po tym widoki za oknami zaczęły się zmieniać. Wjechaliśmy do górskiej
doliny, gdzieniegdzie można było zobaczyć ośnieżone szczyty. Nawet nie
zauważyłem kiedy wjechaliśmy do wykutego w skale ciemnego tunelu, przez który
przemieszczaliśmy się parę dobrych minut, a jedyne co można było w nim zobaczyć
to migające jak w kalejdoskopie światełka czerwonej barwy. Kiedy wynurzyliśmy
się z tej nieomalże nieprzeniknionej krainy ciemności, naszym oczom ukazał się
widok zgoła inny jak chwilę wcześniej nim wjechaliśmy do tunelu. Niczym w
kalejdoskopie, tym razem zalała nas fala morskiego błękitu i zieleni porastającej
grzbiety klifów, oraz masa białych kropek poruszających się jak płatki śniegu
podczas zawieruchy. Od razu odgadłem, że to były stada mew. I tak racząc na
zmianę to oczy widokami za szybami okien, to kubki smakowe pysznymi ciastkami w
przyjemnym nastroju zmierzaliśmy, w kierunku zatoki, gdzie czekał na nas obiad
w pensjonacie położonym na plaży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz