Pies zaspokojony.
Fizycznie jak i gastronomicznie. Dziś dał sobie popalić! Wpadł w tak wysoką
trawę, że nawet go widać nie było. Wypłoszył kilka bażantów i lisa. Zabawy miał
przy tym co niemiara! Za to jak wrócił, to tak okropnie wyglądał, że trudno
było stwierdzić co to za straszydło. Futra prawie nie było widać, tylko kawałek
pyska i grzbietu. Pełno było na nim rzepów, oraz jakichś lepkich nasion i
śmieci. Natomiast łapy – aż po brzuch w błocie. Musiałem doprowadzić go do jako
takiego porządku… Rzepy i śmieci, co mogłem, to powyciągałem ręcznie. Resztę
wyczesałem własnym grzebieniem. Łapy i brzuch próbowałem wytrzeć higienicznymi
chusteczkami, ale mało co to pomogło. Kiedy doszliśmy do studni głębinowej, to
spłukałem drania. Sobie wymyłem buty i wyczyściłem dres. Za chwilę obaj
wyglądaliśmy całkiem nieźle. Nikt nie powiedziałby, że jeszcze nieco ponad
kwadrans temu, Dżeki wyglądał jak nieboskie stworzenie! Była prawie siódma.
Mogliśmy kierować się w stronę sklepu. Futrzak zadowolony, cały czas z jęzorem
na wierzchu, szedł przykładnie przy nodze. Kiedy zbliżyliśmy się na około 50m,
oderwał się i jak zwykle pobiegł, aby czekać na mnie przy wejściu do sklepu.
Takie zachowanie miał już zakodowane, jak sterownik w komputerze. Wszedłem do
środka. Szybko kupiłem coś na śniadanie, oraz to co zwykle – ciastka od Dr.
Gerarda. Dziś „Pierniczki” i „Wafle”. Kłapouch przywitał mnie merdającym ogonem
oraz skamleniem. Dostał po jednym ciachu i się uspokoił. Po wejściu do domu,
był już prawie suchy. Jeszcze dwie miski – jedna z wodą, druga z wyżerką.
Zmiótł wszystko! No, to spokój mam z nim do popołudnia… Za chwilę poszedł położyć
się do kosza. Chyba musiał się zmęczyć, bo szybko zasnął. Mruczał przy tym
przez sen i wierzgał łapami. Pewnie coś się mu śniło. Dość często tak się
zachowuje po emocjonującej przechadzce…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz