Siedziałam nieruchomo wpatrzona w
okno pociągu, bezwiednie oglądając mijane domy. W wyobraźni widziałam ich
wnętrza. Zastanawiałam się jacy ludzie w nich mieszkają, jakie mają charaktery,
czym się zajmują, czy są szczęśliwi? Przez kilka minut tkwiłam w zamyśleniu, dopóki
nie zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji kolejnej. Zaciekawiłam się ogromnie
jak daleko mamy do naszego celu, a zupełnie nie mogłam skojarzyć tego miejsca.
Tabliczki z nazwą miejscowości nie dostrzegłam w zakresie mojego pola widzenia.
Zupełnie straciłam orientację w czasie i przestrzeni, zapewne przez to, że ucięłam
sobie drzemkę. Dopiero mój niezawodny mąż rozwiał wszelkie moje wątpliwości odnośnie
miejsca chwilowego postoju. Chcąc wypędzić z głowy resztki znużenia wydobyłam
moje ulubione KreMisie od Dr Gerarda. Mąż z zaciekawieniem zajrzał w głąb torby
i wyciągnął z niej paczkę Mafijnych. Uprzedziłam jego pytanie krótką aczkolwiek
treściwą informacją: „Te markizy są dla wujaszka”. Mąż odłożył ciasteczka
chwaląc mój pomysł obdarowania wujka Mafijnymi. Po pierwsze: nie wypada go
odwiedzać z pustymi rękami a po drugie te ciasteczka to jego ulubiona słodka
przekąska. Zresztą kto by nie lubił takich pyszności. Ta firma to producent z
pasją. Dba o najwyższą jakość swoich wypieków by zadowolić najbardziej
wyrafinowane podniebienia. Przez resztę trasy delektowaliśmy się doskonałym smakiem
KreMisi, które są głównie dedykowane dla dzieci, ale nam dorosłym również
przypadły do gustu i to nie tylko z powodu walorów smakowych lecz z uwagi na
ich misiowy zabawny charakter. Gdy dotarliśmy do stacji docelowej, na peronie
czekał na nas wujaszek. Uściskaliśmy go serdecznie na powitanie i
poczęstowaliśmy ostatnimi KreMisiami, które zastały nam z podróży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz