poniedziałek, 28 września 2015

Wypad w Bieszczady




   Andrzej zadzwonił w sobotnie popołudnie. Powiedział że jest prawie gotowy na grzybobranie w niedzielę. Przekonany na wyjazd był na sto procent. Zapytałem go o środek transportu. Stwierdził że nie będzie się uzależniał od przewoźników publicznych, ani nawet od jakichś kumpli, co po przyjeździe zaczną marudzić po chwili że chcą już wracać. Pojedzie swoim samochodem i tylko on jako kierowca. Takie stanowcze postanowienie Andrzeja bardzo mi odpowiadało. Tak więc, dowiedziałem się, że wyjeżdżamy o wpół do piątej. Mam się odpowiednio przygotować i jazda! Andrzej to grzybiarz jakich mało! W tym temacie jest niemal encyklopedystą. A jak postanowi sobie jakiś wypad, to chyba nawet koniec świata nie będzie przeszkodą dla niego aby się wybrać. Do przebrania zabrałem nieprzemakalną „kangurkę” oraz czapkę i kalosze. Do picia – gorącą herbatę w termosie. A do jedzenia – kilka kromek chleba z masłem, 2 schabowe i pomidory. Wrzuciłem wszystko do kosza i byłem gotów na przyjazd Andrzeja. Spóźnił się nie całe 5 minut. W planach początkowo mieliśmy jechać w okolice poligonu w Nowej Dębie. Andrzej jednak zmienił zdanie – postanowił że pojedziemy w Bieszczady. Spory kawał drogi, bo około 140-150 km. Ale z zapełnieniem wszystkich koszy i wiader nie powinno być problemów. A przy tym, sprawdzimy, jak tyczy się sprawa rydzów. Jeśli zaczną się pokazywać, to może za tydzień też pojedziemy na te specyficzne „blaszaki”. Zaraz jak ruszyliśmy, to zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o tym jak się nam wstawało o tej czwartej nad ranem… To zaczęliśmy wspominać grzybobrania z wcześniejszych lat… Andrzej wyciągnął jakieś dobre ciastka. Opowiadaliśmy dalej i zagryzaliśmy ciasteczka. Spojrzałem na opakowanie – „Pasja”. Producent – Dr. Gerard. Stwierdziłem że są bardzo dobre. Ja mam w plecaku „Zwierzaki” – tego samego producenta, ale te będą na powrót. Zajechaliśmy w okolice Komańczy. Było dość pogodnie, ale chłodno. Grzybów było sporo, choć bywało znacznie więcej. Zapełniliśmy swoje kosze. Po dwunastu godzinach od wyjazdu, byliśmy z powrotem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz