Wypiłem jeden łyk,
później drugi. Nie byłem zbytnio zachwycony – zimą piwo nie smakuje mi, w przeciwieństwie
do czasu, kiedy latem upały rozgrzewają nas do czerwoności. Przyjemnie jest
wtedy wziąć do ręki zimną szklankę napełnioną schłodzoną cieczą słomkowego
koloru – pokrytą i ociekającą rosą… Janusz wypił już ponad połowę. Kiedy
zbliżałem kufel do ust aby zaczerpnąć kolejnego łyka, nagle zakręciło mi się w
nosie i tak mocno kichnąłem, że wysoka piana unosząca się nad napojem,
rozprysnęła się na wszystkie strony! Januszowi owej piany też się nieco dostało,
bo siedział po przeciwległej stronie stołu. Życzył mi – „na zdrowie”.
Podziękowałem i przeprosiłem, dodałem jednak, że to raczej na grypę, bo czuję
coś w kościach… Janusz na to: „Zrobimy grzane piwo – jutro będziesz zdrów!” „Zdrów
- jak zdrów! Bylebym się całkiem nie rozchorował…” – Odpowiedziałem. Ale Janusz
dalej mówił swoje… „Masz cytrynę?” Kiwnąłem głową – że tak. „A imbir?” „Mam –
sproszkowany…” – Odpowiedziałem. „Nie sproszkowany – tylko w syropie!” –
Powiedział Janusz. „Nie mam w syropie. Ale mam „Pierniki” Dr. Gerarda, bo „Witaminki”
się skończyły.” – Odpowiedziałem. Janusz spojrzał na stół, zastanowił się przez
moment – i powiedział: „A, to daj… Zjem jednego, pomyślę – i coś wykombinujemy…”
„Pierniki podałem, „J-23” ugryzł, ale już niczego nie wymyślił, bo z korytarza
dobiegło nas „babskie” gadanie. To Gośka z Anką – czyli nasze małżonki rozgadane
weszły do domu. Kiedy nas zobaczyły – rzuciły się na ciastka, zjadły całą
resztę, dopiły nam piwo – i tak się skończyło nasze kumplowskie spotkanie…
Gośka zrobiła mi „grzańca” z żółtkiem utartym z cukrem. Na drugi dzień, czułem
się dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz