środa, 24 lutego 2016

Może "Pierniki"...




   Wypiłem jeden łyk, później drugi. Nie byłem zbytnio zachwycony – zimą piwo nie smakuje mi, w przeciwieństwie do czasu, kiedy latem upały rozgrzewają nas do czerwoności. Przyjemnie jest wtedy wziąć do ręki zimną szklankę napełnioną schłodzoną cieczą słomkowego koloru – pokrytą i ociekającą rosą… Janusz wypił już ponad połowę. Kiedy zbliżałem kufel do ust aby zaczerpnąć kolejnego łyka, nagle zakręciło mi się w nosie i tak mocno kichnąłem, że wysoka piana unosząca się nad napojem, rozprysnęła się na wszystkie strony! Januszowi owej piany też się nieco dostało, bo siedział po przeciwległej stronie stołu. Życzył mi – „na zdrowie”. Podziękowałem i przeprosiłem, dodałem jednak, że to raczej na grypę, bo czuję coś w kościach… Janusz na to: „Zrobimy grzane piwo – jutro będziesz zdrów!” „Zdrów - jak zdrów! Bylebym się całkiem nie rozchorował…” – Odpowiedziałem. Ale Janusz dalej mówił swoje… „Masz cytrynę?” Kiwnąłem głową – że tak. „A imbir?” „Mam – sproszkowany…” – Odpowiedziałem. „Nie sproszkowany – tylko w syropie!” – Powiedział Janusz. „Nie mam w syropie. Ale mam „Pierniki” Dr. Gerarda, bo „Witaminki” się skończyły.” – Odpowiedziałem. Janusz spojrzał na stół, zastanowił się przez moment – i powiedział: „A, to daj… Zjem jednego, pomyślę – i coś wykombinujemy…” „Pierniki podałem, „J-23” ugryzł, ale już niczego nie wymyślił, bo z korytarza dobiegło nas „babskie” gadanie. To Gośka z Anką – czyli nasze małżonki rozgadane weszły do domu. Kiedy nas zobaczyły – rzuciły się na ciastka, zjadły całą resztę, dopiły nam piwo – i tak się skończyło nasze kumplowskie spotkanie… Gośka zrobiła mi „grzańca” z żółtkiem utartym z cukrem. Na drugi dzień, czułem się dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz