wtorek, 23 lutego 2016

"J-23"




   Galaretka była gotowa na podwieczorek. Smakowała wyjątkowo! Za chwilę – jak kumpel do kumpla – przyszedł Janusz. Załapał się nawet jeszcze na kawałek galaretki – i nawet bardzo ją pochwalił! Musiała być rzeczywiście wyjątkowo smaczna, bo Janusz jest szczery do bólu i jak kawa na ławę, mówi, wylewając  wprost to co myśli. Zaproponowałem herbatę. Janusz zrobił głupią minę… Jest wyjątkowym smakoszem „jasnego” z pianką. Zapytał czy nie mam czegoś bardziej konkretnego. „Mam jeszcze kawę!” – Odpowiedziałem. Zrobił jeszcze głupszą minę… Wstał i powiedział że zaraz będzie z powrotem. Wypadł jak huragan – nawet nie zdążyłem powiedzieć ani słowa.
Tak się złożyło, że nie miałem już nic do piwa… Pozostały mi tylko aromatyczne słodkie „Witaminki” i „Biszkopty” – wszystkie z firmy Dr. Gerard. Przez okno widziałem, jak kolega „J-23”, bez parasola zasuwa pospiesznie do sklepu. Dosłownie w trzy minuty był już z powrotem, z 4-packiem w ręku. Z całkiem odmiennym humorem, w uśmiechu od ucha do ucha, zaczął opowiadać – chyba już po raz setny - o tym, jak to w dawnych czasach „za komuny” jeszcze, spotkał znajomego milicjanta:

- Gdzie idziesz – Henek?

- a, a – jedziemy na szkolenie…

- A po co tę futrynę targasz?!

- A, a, a… Czym będę piwo otwierał…?!

Zrobiłem minę numer 173 – czyli sztuczny uśmiech, bo ile razy można się śmiać z tego samego kawału…? Janusz za to, jakby opowiadał to pierwszy raz, zachodził się ze śmiechu. W końcu ten śmiech Janusza, tak też mnie rozbawił, że zacząłem się śmiać autentycznie… Było ciepło – znacznie za ciepło jak na trzecią dekadę lutego. Coś zaczęło gwałtownie stukać o parapet… Zaczęło bardzo intensywnie padać… Kolega „J-23” z zadowoleniem patrzył przez okno na krzątających się ludzi. Popijał z kufla złocisty napój, maczając przydługawe wąsy w pianie – a od czasu do czasu zagryzał przyjemnie pachnące, oraz wyjątkowo smaczne  ciastko Dr. Gerarda…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz