Witam.
Pewnego razu dałam się namówić na zbieranie jagód. Moja koleżanka powiedziała,
że jagody są takie duże jak truskawki. No jak takie duże to mogę zbierać.
Wstałam rano, wypiłam kawę i zjadłam pyszne ciastko kakaowe ,,Dr Gerarda”.
Kiedy dopijałam kawę, usłyszałam dźwięk klaksonu samochodowego. Brygada
jagodowa była gotowa na start. Do lasu mieliśmy jakieś pół godziny jazdy. Kiedy
byliśmy na miejscu, okazało się , że to miejsce takie urodzajne nie tylko zna
moja koleżanka. Ale optymistycznie powiedziała , że dla wszystkich starczy.
Poszliśmy w las. Kilkanaście metrów i byliśmy na polanie pełnych krzewów jagód.
Schyliłam się i ze zdziwieniem stwierdziłam, że krzaczki są bez jagód. Nie
poddawałam się, pomyślałam, że to może jakiś pechowy krzak. Niestety przez
kilkanaście minut nie znalazłam ani jednej jagody. Popatrzyłam na koleżankę i
jej męża , miny nie mieli wesołej, a ich koszyki też były puste. Chodziliśmy od
krzaka do krzaka. Ja miałam już dość. Usiadłam na jakimś pniu drzewa i
sięgnęłam do plecaka. Miałam tam ukryte kruche ciasteczka, na wszelki wypadek,
a teraz to był wypadek braku jagód. Znajomi nie poddawali się, a mnie coraz
bardziej ogarniał śmiech. W końcu wybuchłam na głos. Krzyknęłam do nich by
przyszli na moment. Poczęstowałam ich Krakersami kanapkami paprykowymi firmy
,,Dr Gerard”. Jedli nic nie mówiąc. Ich miny były bezcenne. W końcu
zaproponowałam byśmy zakończyli to udane zbieranie i pojechali na dobry obiad. Po
drodze jagody kupiliśmy od przydrożnych sprzedawców. Jeszcze wieczorem, kiedy
siedzieliśmy przy kawie i pysznościach ,,Dr Gerarda”, wspominaliśmy naszą
wyprawę na jagody. Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz