Witam.
Ostatnio spotkałam się z moją koleżanką. Dawno nie miałam okazji z nią pogadać.
Wstąpiłyśmy na kawę. Dowiedziałam się , że rozwiodła się i prowadzi mały
biznes. Zaciekawiła mnie swoją siłą walki i zachęciła do działania. Oto jej
historia. Jak chyba każda samotna matka, potrzebowała pieniędzy, więc wymyśliła
ten cały biznes z plecakami. Widziała w tym po prostu szansę podreperowania
rodzinnego budżetu. Okazało się, że z pomysłem trafiła w dziesiątkę, bo na
szyte przez nią plecaki dla uczniów, a potem też torebki dla ich mam, było
wielu chętnych. A wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia usiadła przy
maszynie do szycia i zaczęła przerabiać stary plecak młodszego syna. Narzekał,
że jest już bardzo zniszczony, a ona nie miała gotówki na nowy, dlatego
postanowiła uratować sytuację swoimi krawieckimi umiejętnościami. Popijając
aromatyczną kawę i chrupiąc najlepsze krakersy firmy ,,Dr Gerard’’, doszyła
kieszenie, wszyła zamek w kontrastowym kolorze i plecak wyglądał zupełnie jak
nowy. Piotrusiowi bardzo się podobał. Koleżanki bardzo chwaliły jej pomysłowość
i jedna po drugiej składały u niej zamówienia. Kiedy więc tylko miała chwilkę
wolnego czasu, siadała do maszyny. Na szczęście ani pomysłów, ani zapału do
pracy nigdy jej nie brakowało. Szyła z tego, co wpadło jej w rękę: z filcu,
płótna, ortalionu, aksamitu, wszystko zależało od przeznaczenia tego, nad czym
akurat pracowała. Miała tylko jeden kłopot: w jej małym mieszkanku nie było
warunków, żeby spokojnie usiąść przy maszynie i zająć się pracą. Jej mali
chłopcy wiecznie wymagali uwagi , albo chcieli, żeby się z nimi bawić, albo tak
dokazywali, że nie mogła się na niczym skupić. Musiała jeszcze sprzątać,
gotować. Wpadła na pomysł. Na jaki to w następnym moim poście. Wracając z kawy
z koleżanką wstąpiłam do sklepu i kupiłam kruche ciasteczka firmy ,,Dr Gerard”.
Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz