Wybierałem się do
miasta, bo od dłuższego czasu nie mogę zrealizować tego, co już dawno temu
zaplanowałem. A bo przyjdzie ktoś, albo odłoży się na „jutro”, albo nie chce
się… I tak zwleka się z dnia na dzień – a czas leci. Już zamknąłem drzwi na
jeden zamek, ze smakiem jadłem pyszne „Wafle” – Dr. Gerarda, którego jeszcze
kawałek trzymałem w ręce. Aż tu słyszę że mi komórka dzwoni. Obmacałem
kieszenie, sprawdziłem saszetkę – nie ma… No to dawaj – z powrotem otwieram drzwi,
otwieram, patrzę – leży na szafce przy wieszaku… Zapomniałem schować do
kieszeni. Lecz zanim wziąłem ją do ręki, to zamilkła. Sprawdziłem kto to tak wydzwaniał
do mnie… Okazało się że Robert. Skoro to mój bliski kumpel a zarazem sąsiad, to
na pewno miał do mnie jakąś konkretną sprawę. „Robi” nie jest „babą” i nigdy
nie dzwoni z byle powodu! Niezwłocznie oddzwoniłem do serdecznego kolegi. Tuż
po pierwszym sygnale usłyszałem w słuchawce charakterystyczny głos, oraz
tradycyjne pytanie:
- No i gdzie się znów włóczysz!?
- Nigdzie – jestem w domu. – Odpowiedziałem.
- To jak będziesz się wybierał, to zaglądnij do nas, bo
jeszcze dzień – dwa i zapomnisz gdzie mieszkamy! Aldona zrobiła coś dobrego, to
przetestujesz smak.
- A w jakiej to jest formie?
- W prostokątnej… A co?
- Nie o to mi chodzi!
- Nic więcej nie powiem, bo mam zakaz. A jak „puszczę parę”,
to jeszcze blenderem po głowię dostanę! Wolę nie ryzykować. Przyjdziesz,
spróbujesz, to się dowiesz. Nara…
- Nara.-
Aldona zawsze lubiła wymyślać jakieś kulinarne „wynalazki”.
I ma do tych rzeczy nie lada zmysł. Sam również lubię spędzać sporo czynnego czasu
w kuchni, ale przyznać muszę, że posługiwałem się nie raz, nie dwa, pomysłami
żony Roberta. Schowałem komórkę do saszetki, wyszedłem i zamknąłem drzwi. No,
to swoje plany w mieście znów muszę odłożyć na „jutro”… Na szczęście po drodze
do Roberta mam sklep, więc nie muszę się kręcić nigdzie więcej, żeby zrobić
jakieś podręczne zakupy. Wstąpiłem i kupiłem 4pack „pienistego” niepasteryzowanego.
Za dwie minuty stałem już przed drzwiami Aldony i Roberta. Zaraz po moim
dzwonku, otworzył mi Patryk – starszy syn. Zajadał „Pasje”. To są takie bardzo
smaczne ciastka firmy Dr. Gerard. Tuż za nim pojawił się Robert…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz