Witam drogich
internautów. Dzisiejszego dnia moja rodzina nigdy nie zapomni. Sajgon, horror,
rosyjska ruletka, nie wiem, co jeszcze. Szkoda tylko, że gra toczyła się o
zdrowie mojej czteroletniej córki. Zaczęło się we wtorek, gdy trafiła do
pediatry z objawami zaostrzenia astmy. W piątek miała być u kontroli. Tak się
złożyło, że dzisiaj mieliśmy wizytę u alergologa w klinice w Bydgoszczy. Dobrze
się ułożyło, do Bydzi jechaliśmy na godzinę 13, więc zdążymy do pediatry na 9. Tak
zrobiliśmy córka miała pierwszy numer. Zapakowaliśmy do torby picie i
Pierniczki „dr Gerard” i pojechaliśmy do przychodni. Niestety przed naszym
nosem wepchnęły się trzy inne osoby, albo służba zdrowia, albo znajomi a potem
dzieci z kolejki. Wiadomości były dla nas optymistyczne, antybiotyk działa, w
środę dziecko może iść do przedszkola. Super odetchnąłem z ulgą. No to jedziemy
do alergologa. Tradycyjnie w plecaku znalazło się picie i tym razem Markizy od „dr
Gerarda” oraz paluszki. Po prawie godziny jazdy zajęliśmy miejsce w kolejce. Po
godzinie czekania przyszła nasza kolej. Dodam, że nasze dzieci były wspaniałe i
w samochodzie i w poczekalni były super grzeczne. W nagrodę obiecaliśmy im
kruche rurki w domu. Wracając do wizyty. Syn dostał skierowanie na testy z
krwi. Przyszła kolej córki. I tu ogromna niespodzianka, Pani doktor uznała, że
Tosia ma zapalenie płuc i musi trafić na oddział szpitalny. Moja żona
poczerwieniała a mi się nogi ugięły. Przecież trzy godziny temu było ok., miała
wracać do przedszkola a teraz szpital. Co się dzieje, o co tu chodzi? Udało nam
się uprosić lekarza o to byśmy mogli iść do szpitala w naszym mieście. Nie wyobrażam
sobie mieć córkę i żonę w odległości 50 km od domu. Jak coś donieś, odwiedzić
czy zamienić się przy opiece? Zgodziła się. Wracamy. Telefon do babci, z prośbą
o odgrzanie obiadu. Bo wpadamy do domu po parę rzeczy i lecimy na izbę przyjęć.
I bałem się o to, że nie będzie czasu na obiad. I tak się stało, szybkie papu,
pakowanie i w taxi i do szpitala. Po półgodzinie czekania zjawił się pediatra,
aby sprawdzić czy życie Tosi jest zagrożone, kazał nam dalej czekać. Posiedzieliśmy
jeszcze godzinę. Zgłodnieliśmy zjedliśmy resztę przysmaków „dr Gerard” wypiliśmy
wszystką wodę i się doczekaliśmy. Dyżurujący lekarz nie był już zainteresowany
pobytem mojej córki w szpitalu. Po kilku badaniach i osłuchaniu uznał, że nasz
pediatra miał rację. I odesłał nas do domu.
Nikt się nie zainteresował,
co się działo w naszych głowach a w szczególności, co czuła moja córeczka. To jest
nie sprawiedliwe i straszne przeżycie. Jak można tak tasować diagnozami i
zdrowiem człowieka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz