piątek, 20 listopada 2015

Nikomu tego nie życzę.

Witam drogich internautów. Dzisiejszego dnia moja rodzina nigdy nie zapomni. Sajgon, horror, rosyjska ruletka, nie wiem, co jeszcze. Szkoda tylko, że gra toczyła się o zdrowie mojej czteroletniej córki. Zaczęło się we wtorek, gdy trafiła do pediatry z objawami zaostrzenia astmy. W piątek miała być u kontroli. Tak się złożyło, że dzisiaj mieliśmy wizytę u alergologa w klinice w Bydgoszczy. Dobrze się ułożyło, do Bydzi jechaliśmy na godzinę 13, więc zdążymy do pediatry na 9. Tak zrobiliśmy córka miała pierwszy numer. Zapakowaliśmy do torby picie i Pierniczki „dr Gerard” i pojechaliśmy do przychodni. Niestety przed naszym nosem wepchnęły się trzy inne osoby, albo służba zdrowia, albo znajomi a potem dzieci z kolejki. Wiadomości były dla nas optymistyczne, antybiotyk działa, w środę dziecko może iść do przedszkola. Super odetchnąłem z ulgą. No to jedziemy do alergologa. Tradycyjnie w plecaku znalazło się picie i tym razem Markizy od „dr Gerarda” oraz paluszki. Po prawie godziny jazdy zajęliśmy miejsce w kolejce. Po godzinie czekania przyszła nasza kolej. Dodam, że nasze dzieci były wspaniałe i w samochodzie i w poczekalni były super grzeczne. W nagrodę obiecaliśmy im kruche rurki w domu. Wracając do wizyty. Syn dostał skierowanie na testy z krwi. Przyszła kolej córki. I tu ogromna niespodzianka, Pani doktor uznała, że Tosia ma zapalenie płuc i musi trafić na oddział szpitalny. Moja żona poczerwieniała a mi się nogi ugięły. Przecież trzy godziny temu było ok., miała wracać do przedszkola a teraz szpital. Co się dzieje, o co tu chodzi? Udało nam się uprosić lekarza o to byśmy mogli iść do szpitala w naszym mieście. Nie wyobrażam sobie mieć córkę i żonę w odległości 50 km od domu. Jak coś donieś, odwiedzić czy zamienić się przy opiece? Zgodziła się. Wracamy. Telefon do babci, z prośbą o odgrzanie obiadu. Bo wpadamy do domu po parę rzeczy i lecimy na izbę przyjęć. I bałem się o to, że nie będzie czasu na obiad. I tak się stało, szybkie papu, pakowanie i w taxi i do szpitala. Po półgodzinie czekania zjawił się pediatra, aby sprawdzić czy życie Tosi jest zagrożone, kazał nam dalej czekać. Posiedzieliśmy jeszcze godzinę. Zgłodnieliśmy zjedliśmy resztę przysmaków „dr Gerard” wypiliśmy wszystką wodę i się doczekaliśmy. Dyżurujący lekarz nie był już zainteresowany pobytem mojej córki w szpitalu. Po kilku badaniach i osłuchaniu uznał, że nasz pediatra miał rację. I odesłał nas do domu.

Nikt się nie zainteresował, co się działo w naszych głowach a w szczególności, co czuła moja córeczka. To jest nie sprawiedliwe i straszne przeżycie. Jak można tak tasować diagnozami i zdrowiem człowieka? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz