czwartek, 21 lipca 2016

wyprawa na jagody



Od dwóch tygodni chodzę do lasu na jagody. Czasem towarzyszy mi koleżanka, a niekiedy biorę  siedmioletnią córkę Monikę i dziesięcioletniego syna Dawida. Ubierają długie spodnie i bluzy, by kleszcze nie miały do nich dostępu. Do koszyka pakuję picie, kanapki oraz ulubione  kruche baletki, maślane listki Dr. Gerarda. Bardzo lubię ciastka z polewą tego producenta, ale w upalny lipcowy dzień roztopiłyby się. Zamiast owoców, to mają jagody prosto z krzaczka. Wtedy częściej odpoczywamy posilając się na łonie natury. Przemieszczamy się z miejsca na inne pola jagodowe. Podczas zbierania opowiadam im o napotkanych ziołach i grzybach. Dzieci z chęcią idą do lasu, ponieważ mogą dowoli wybiegać się. Uzbierane jagody sprzedaje na targu. Także robie z nich pierogi, ciasto.  Pewnego razu jak zawsze wybraliśmy się do lasu. Po paru godzinnym zbieraniu usiedliśmy na zasłużony odpoczynek. Córka nie chciała jeść kanapek tylko zjadła parę ciastek i zasnęła. Syn został z nią na kocu, a ja zbierałam w pobliżu jagody. Monika po przebudzeniu miała dreszcze i bolała ją głowa. Szybko zebraliśmy wszystkie rzeczy i pomaszerowaliśmy do domu. Po drodze dziecko narzekało na złe samopoczucie. W domu wykąpałam ją, przebrałam i pojechałam na pogotowie.  Z nami musiał jechać Dawidek, bo mąż był na delegacji. Po trzech godzinach czekania dyżurujący lekarz zbadał córkę i zostawił w szpitalu na obserwację. Zaskoczyła mnie ta wiadomość, ale  wyraziłam zgodę. Siedzieliśmy z nią do samego wieczora, aż zasnęła. Rano spakowałam Dawidkowi najważniejsze ubranka, na deser dałam mu ulubione ciastka Dr. Gerarda i zawiozłam do babci. Sama pojechałam do szpitala. Okazało się, że Moniczka miała zatrucie organizmu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz