Od dwóch tygodni chodzę do lasu na jagody. Czasem towarzyszy
mi koleżanka, a niekiedy biorę
siedmioletnią córkę Monikę i dziesięcioletniego syna Dawida. Ubierają
długie spodnie i bluzy, by kleszcze nie miały do nich dostępu. Do koszyka
pakuję picie, kanapki oraz ulubione
kruche baletki, maślane listki Dr. Gerarda. Bardzo lubię ciastka z
polewą tego producenta, ale w upalny lipcowy dzień roztopiłyby się. Zamiast
owoców, to mają jagody prosto z krzaczka. Wtedy częściej odpoczywamy posilając
się na łonie natury. Przemieszczamy się z miejsca na inne pola jagodowe.
Podczas zbierania opowiadam im o napotkanych ziołach i grzybach. Dzieci z
chęcią idą do lasu, ponieważ mogą dowoli wybiegać się. Uzbierane jagody
sprzedaje na targu. Także robie z nich pierogi, ciasto. Pewnego razu jak zawsze wybraliśmy się do
lasu. Po paru godzinnym zbieraniu usiedliśmy na zasłużony odpoczynek. Córka nie
chciała jeść kanapek tylko zjadła parę ciastek i zasnęła. Syn został z nią na
kocu, a ja zbierałam w pobliżu jagody. Monika po przebudzeniu miała dreszcze i
bolała ją głowa. Szybko zebraliśmy wszystkie rzeczy i pomaszerowaliśmy do domu.
Po drodze dziecko narzekało na złe samopoczucie. W domu wykąpałam ją,
przebrałam i pojechałam na pogotowie. Z
nami musiał jechać Dawidek, bo mąż był na delegacji. Po trzech godzinach czekania
dyżurujący lekarz zbadał córkę i zostawił w szpitalu na obserwację. Zaskoczyła
mnie ta wiadomość, ale wyraziłam zgodę.
Siedzieliśmy z nią do samego wieczora, aż zasnęła. Rano spakowałam Dawidkowi
najważniejsze ubranka, na deser dałam mu ulubione ciastka Dr. Gerarda i
zawiozłam do babci. Sama pojechałam do szpitala. Okazało się, że Moniczka miała
zatrucie organizmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz