Miałem złe
przeczucia… Jakoś nigdy nie wierzyłem wróżkom… No – może nie nigdy, ale od
momentu, kiedy to dwie cyganki wywróżyły mi wygranie fortuny w zakładach
„totka”! W życiu nie wygrałem w żadnej loterii… Nawet jak puszczałem zakłady na
ligę, to akurat wtedy handlowali meczami i się zraziłem ligą do dziś! Raz –
jeszcze za komuny – znalazłem 100 dolarów amerykańskich, ale okazało się, że są
fałszywe… Dobrze że znajoma pracowała w „Pewexie” a ja do niej poszedłem zrobić
zakupy… To było chyba największe w moim życiu szczęście, bo w innym przypadku,
jeszcze trafiłbym do „pudła”! Ale dobra jest – ja tu „gadu gadu” – a do meczu
coraz bliżej… Czas leci nieubłagalnie! Trzeba wyskoczyć do sklepu i uzupełnić
zakupy, tego co się w nocy zjadło. To sprawdzam – co mi jeszcze zostało…
Okazuje się, że prawie nic! Krakersy Dr. Gerard są tak smaczne, że bezwiednie
sięga się ręką – i nie wiesz nawet kiedy się kończą… Sięgnąłem do kieszeni
spodni. Natknąłem się w niej na krokomierz… A gdzie ja zrobiłem dziś ponad dwa
tysiące kroków!? Przecież nigdzie nie wychodziłem… Ale jak ponownie spojrzałem
na prawie puste opakowania z krakersów, to sprawa się rypła! No właśnie… Muszę
zaraz podskoczyć do sklepu, bo jak tak będę zwlekał, to w trakcie meczu obejdę
się smakiem! A do meczu – coraz bliżej… Włączyłem telewizor. Były jakieś
okropne zakłócenia… Wyszedłem aby przygotować to, co jest najlepsze na mecz –
czyli przed chwilą kupione krakersy Dr. Gerarda. Kiedy wróciłem, widniał tylko
napis: „Brak sygmału”! Na każdym kanale – to samo! Zadzwoniłem do Dzidka… U
niego wszystko OK! „Że też nie miał się kiedy zepsuć – grat jeden! Prawo
Murphiego…” – pomyślałem i puściłem „soczystą” wiązankę! Zadzwoniłem na pogotowie
RTV… Poprosiłem faceta, aby przyjechał, jak najszybciej może! W słuchawce usłyszałem
odpowiedź: „Panie!!! Za kwadrans mecz! Przyjadę jutro…! No – najwcześniej około
północy! A gdzie pan mieszka…?” Podałem adres. „Na szczęście to trzy minuty ode
mnie… Zaglądnę na minutkę. Ale tylko zobaczę czy coś poważnego – i zaraz wychodzę
na mecz! Może być?” No co miałem odpowiedzieć… „Jasne!” – krzyknąłem! Za chwilę
przyszedł facet po trzydziestce… Wziął pilota – coś ponaciskał… Podszedł do
odbiornika, schylił się, podniósł wtyczkę antenową i wetknął ją do odbiornika.
Na ekranie pojawił się piękny obraz i rozpoczęła się transmisja! Facet odwrócił
się i z uśmiechem powiedział do mnie: „Stówa się należy! No i nie zdążę już do
domu na rozpoczęcie meczu… Nie będzie pan miał nic za złe, że oglądniemy razem?”
Krakersów nam wystarczyło
– tak w sam raz… A od tego czasu, znowu grywam w loterie – choć jak na razie
bezskutecznie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz