Skoro przyjechałem
w ramach urlopu wypoczynkowego, to należałoby wypocząć… Najpierw nie mogłem się
doczekać tego, kiedy dotrę na miejsce. Do przebycia z domu – ponad 350 km. Ruch
miejscami bywał dość wzmożony, lecz zdarzało się to zwłaszcza na drogach
głównych, w pobliżu bardziej znanych miejscowości i ośrodków. W końcu skręciłem
w jakąś gminną drogę. Po przejechaniu jej przez prawie 3 km, byłem na miejscu.
Docierając do celu, poczułem dość spore zmęczenie. Na miejscu załatwiłem
formalności, otrzymałem od pani Basi adres – i mogłem się rozgościć. Było
świeżo, bardzo spokojnie i niemniej ciepło. Tylko ptactwo wszelakiego rodzaju
dawało znać o sobie. A jak te przycichły, to ciszę zakłócał brzęk pszczół.
Zaraz wziąłem chłodny prysznic. Pani Basia zaproponowała posiłek, ale jakoś
jeść mi się nie chciało. Po drodze przegryzłem coś w jakiejś przydrożnej knajpce
– no i zjadłem trochę pysznych ciastek - Markizy mafijne Lemon Dr. Gerard.
Jedno mi się pokruszyło i jak dojechałem na miejsce, to wysypałem te okruchy.
Natychmiast dopadły je olbrzymie leśne mrówki i posprzątały to, co naśmieciłem.
Gdyby nie były dobre, to by ich nie jadły! Jedna z mrówek ugryzła mnie w
wierzch stopy, co poskutkowało sporym pieczeniem, ale to szybko przeszło. W
planie miałem, że po przyjeździe utnę sobie drzemkę aby odsapnąć… Nic z tych
rzeczy! Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ciężko będzie się przyzwyczaić do
tak ekstremalnej ciszy! Usiadłem i zaglądnąłem jeszcze do podręcznej torby.
Przegryzłem sobie jeszcze ciastko wit’ AM, po czym wypiłem pół butelki wody
mineralnej. Do wieczora postanowiłem zrobić sobie obchód pobliskiego terenu,
aby zapoznać się z nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz