czwartek, 22 września 2016

Dobry magazynek, bo z dobrymi ciastkami




   W końcu stanęło na tym, że pojedziemy z mężem pani Basi – Januszem – oraz ich dwoma synami na ryby. Cała trójka już od dawna nastawiała się na te łowy! Ja tam jakimś specem od łapania ryb to nie jestem… Kiedyś – jako dzieciak jeszcze – zrobiłem sobie wędkę z leszczynowego kija, dratwy i haczyk ze szpilki. Nawet go zahartowałem, żeby mi się nie wygiął pod wpływem ciężaru przynęty! I złapałem nawet ze dwie uklejki na ten wehikuł! Przyniosłem je do domu i dałem mamie żeby zrobiła z tym coś odpowiedniego… Mama spojrzała na mnie z politowaniem i rzuciła moje „trofea” kotu! Miałem wtedy za to żal do mamy, że w taki sposób potraktowała mój ogromny wysiłek włożony w efekt zdobyczy! A prawdziwy efekt był taki, że mama była wkurzona, ja byłem ogromnie zawiedziony, tylko kot był niezwykle zadowolony! Śmialiśmy się z tego, razem z panią Basią, kiedy jej opowiadałem o moich przygodach… I już wiedziałem prawie wszystko na temat porannego wyjazdu. Co do szczegółów, to miałem je ustalić z panem Januszem. Ale przypomniała mi się jeszcze jedna ważna rzecz – skończyły mi się już wszystkie ciastka Dr. Gerard – a o czwartej rano, to przecież nigdzie ich nie kupię! Napomknąłem nieśmiało jeszcze pani Basi o tym… Uspokoiła mnie natychmiast, że ma w swoich zapasach kilka rodzajów tych świetnych smakołyków, to na pewno którymiś się zadowolę. Jak zobaczyłem cały ten arsenał z ciastkami pani Basi, to w pierwszej chwili mnie przytkało i nie wiedziałem na co mam się zdecydować. Pani Basia natychmiast zauważyła moje żachnięcie. Powiedziała abym się nie krępował i zabrał te, które chcę. Zdecydowałem się na markizy mafijne Lemon Dr. Gerard i rogaliki pudrowane DR. Gerard. Wszystko inne co było potrzebne do wyprawy, było już w kompetencji pana Janusza – jako kierownika wyprawy! Okazał się on bardzo konkretnym i wesołym facetem. Po krótkim zapoznaniu się, mocnym uściśnięciu dłoni, poinformował mnie, że wyjeżdżamy o 3:00. Jeśli spóźnię się więcej niż kwadrans, to już mogę spać sobie do której chcę, bo oni nie są „zegarynką” i nigdy nikogo nie budzą! Na szczęście wszystko odbyło się zgodnie z planem! Z bagażami jak na wyprawę w Himalaje – punktualnie o trzeciej, wyruszyliśmy w stronę łowiska…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz