Wyglądało na to, że
w szybkim czasie mój organizm się zregenerował. Ale było to złudne uczucie… Bracia
K-P, mieli siły nie spożyte! Zamęczyliby mnie „na śmierć”, gdybym ich nie
stopował… I tak robili, chyba z pięć razy więcej ode mnie, bo kiedy ja szedłem
w miarę jak najkrótszymi ścieżkami, to oni kręcili się cały czas, to w lewo –
to w prawo. Jak szybko odpocząłem, tak jeszcze szybciej się zmęczyłem.
Wczorajsza podróż, kiepsko przespana noc… A do tego – tyle wrażeń w pierwszym
dniu mojego pobytu w takim „skansenie natury” – to musiało podziałać na mnie
jak błyskawica przynosząca nawałnicę z ożywiającą ulewą, ale przy okazji
niszcząca najsłabsze, zatrute organizmy. Takim zatrutym, nasiąkniętym
chemicznymi miejskimi środkami, właśnie byłem. I jak kuropatwa pod krzakiem,
ledwie żywa w trakcie letniej strasznej ulewy, tak ja zostałem przesycony
„ponadnormatywnie” – nieproporcjonalnie do wcześniejszych warunków – aż prawie
mnie zamroczyło. Świeże powietrze mocno wzbudzało mi apetyt… Wściekły byłem sam
na siebie, że nie wziąłem ze sobą swoich smakołyków Dr. Gerard! Nie śmiałem
prosić Pawła, aby mnie poczęstował. Po za tym, obaj ze swoim bratem, ciągle
tropili jakieś ptaki i zwierzęta. Zwracali też uwagę na mnie, aby nie oddalić
się zbyt daleko. A mnie tymczasem, nogi powoli zaczęły odmawiać mi
posłuszeństwa. Upał był potworny, bezwietrznie i słońce świeciło prosto w
twarz. Na całe szczęście, miałem jeszcze trochę wody w butelce, to od czasu do
czasu, zwilżałem nią zaschnięte usta i przełyk. Chyba widać było po mnie to
zmęczenie, bo Paweł sam zaproponował mi odpoczynek i poczęstowanie ciastkami.
Odżyłem na samą myśl. Kiedy zobaczyłem w rękach Pawła moje ulubione - maślane
herbatniki Scooby- Doo. Aż podskoczyłem z radości i krzyknąłem – jak podekscytowana
nastolatka! Kacper też podskoczył z wrażenia. Walnął dłonią w ramię Pawła i
pokazał palcem na jezioro. Paweł rzucił ciastka na ziemię – i pobiegli czym
prędzej nad brzeg…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz