poniedziałek, 20 czerwca 2016

Najlepsze rogaliki...




   Wysypałem węgiel na palenisko. Dorzuciłem nieco drobno pociętych kawałków suchego brzozowego i bukowego drewna. Jak się wszystko odpowiednio rozżarzy, to przed położeniem mięsa na ruszt, wrzucam jeszcze kilka jodłowych lub świerkowych szyszek. Jeszcze lepiej jak są zielone! Tym razem miałem sosnowe, bo akurat na takie natrafiłem będąc ostatnio w lesie. Jacek pomógł mi wszystko co trzeba przynieść. Stanął obok i bacznie przyglądał się temu, co ja tu takiego wyrabiam… Wspominaliśmy stare nasze czasy, zagryzając od czasu do czasu pyszne ciasteczka Dr. Gerard. Jacek mówił, że nie jadł nigdy wcześniej tak dobrych wyrobów! W czasach kiedy wyjeżdżał na ten „Zgniły Zachód”, to u nas jeszcze takich nie było… Pamięta że w tamtych czasach, to w sklepach były tylko kolejki – nawet jak nie było towaru, bo w każdej chwili mogli przecież coś „rzucić”. A w „spożywczakach to tylko była woda mineralna i ocet… Jacek wspominał, jak to podkradł o kilka lat starszemu kuzynowi, trochę świeżego wina… Obaj śmialiśmy się z tego, oraz z tego co było później – z tym że Jacek już dokładnie tego nie pamięta… Coraz to nowe wspomnienia pojawiały się – a ciasteczka znikały… Temperatura węgla osiągnęła już punkt kulminacyjny, bo cały pokrył się białym nalotem. Teraz jeszcze wrzucić kilka szyszek – i można kłaść zamarynowane wcześniej mięso. Pozwijałem je wcześniej w
„rogaliki”. Zapytałem Jacka, czy pamięta jakie babcia piekła rogaliki… Odpowiedział że dokładnie pamięta ten smak. I że były to najlepsze rogaliki na świecie. Powiedziałem że teraz takie produkuje Dr. Gerard – są bardzo podobne w smaku do tych które piekła babcia… Zapytał mnie które – bo babcia piekła dwa rodzaje… Mówię jemu, że właśnie tak się składa, że jedne i drugie! Jedne to są „Mini rogaliki” – a drugie to „Rogalik pudrowany”. Szkoda że u nas w Kanadzie nie ma takich… Ale jutro muszę sobie kupić obydwa rodzaje…” – odpowiedział Jacek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz