czwartek, 30 czerwca 2016

Kruche ciasteczka




   Nie mogłem zasnąć. W pamięci ciągle przewijały mi się wspomnienia ze spotkania. Lucyna kręciła się i również nie spała. Mówiła, że ma „gonitwę myśli”… Że księżyc w pełni ją prześladuje… Że piwo wypiła – i teraz musi biegać do toalety co chwilę… Że myśli, co ciekawego zrobić na pożegnalny deser… Jacek również – to wstawał, to kładł się z powrotem… To znowu wstał… W końcu, tak po piątym czy szóstym razem, wyszedł z domu. Wstałem i wyszedłem za nim. Był półmrok. Okrągły księżyc oświetlał dokładnie wszystko co znajdowało się wokół. Przy naszym grillowisku spacerował sobie jakiś kotek – ale nie od sąsiadów, bo tamten jest czarno biały a ten jednokolorowy. Zapytałem Jacka, czy może jest mu niewygodnie… Odpowiedział że wszystko jest OK. Jak twierdził, to wszystko jest przez zmianę czasu – a dodatkowo, przez emocje. Za chwilę przyszła też Lucyna. Była „oddać” resztę piwa i usłyszała że rozmawiamy, to przyszła do nas. Wszyscy poszliśmy aby usiąść przy zimnym już grillu. Kotek wystraszył się i uciekł. Na stole leżały jakieś pozostawione rzeczy. Księżyc świecił tak jasno, że bez trudu zobaczyliśmy co to takiego jest. A były to napoczęte paczki ciasteczek Dr. Gerard. Widać było, że „futrzany gość” – kotek który zwiał moment temu, nie zdążył się do nich dobrać… Jedne to były - -ciasteczko agrestowe, a drugie to klasyczne krakersy. Lucyna krzyknęła z radości, że chyba z nieba jej to spadło, bo w zamrażalniku ma opakowanie lodów toffi, to wpadł jej do głowy pomysł, na deserotekę do porannej kawy. Chcieliśmy z Jackiem dowiedzieć się, co też takiego wymyśliła ta Lucyna, ale ta krótko ucięła gadkę, że to będzie niespodzianka. Rano – chwilę po śniadaniu, Lucyna podała nam na talerzyku, po dwie jakieś kule. Wyglądały one jak duże kasztanki, albo pulpety obsmażone we frytownicy. Tyle że ociekały one jakimś owocowym sosem. A na wierzchu była bita śmietana i posypane to było czekoladą. Zaskoczony tym widokiem, powiedziałem że ta deseroteka, to miały być lody… Lucyna odgryzła mi się mówiąc, abym najpierw spróbował a później dopiero wnosił swoje uwagi. Tak też zrobiłem. Lecz zaraz po tym zaniemówiłem z wrażenia! Obaj z Jackiem dopytywaliśmy się Lucyny, jak takie coś się robi… Odpowiedziała że bardzo prosto – mocno zmrożone lody formuje się w kulki, obtacza się w drobno pokruszonych ciastkach. Warstwa ciastek powinna być jak najgrubsza. Ona miała dwa rodzaje – najpierw obtoczyła lody w -ciasteczkach agrestowych a później w krakersach. Teraz tylko opiec w gorącej frytownicy – i gotowe! Wszyscy stwierdziliśmy, że to jest coś fantastycznego! A Jacek – z tej okazji – odłożył wyjazd na następny dzień…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz