Nie mogłem zasnąć.
W pamięci ciągle przewijały mi się wspomnienia ze spotkania. Lucyna kręciła się
i również nie spała. Mówiła, że ma „gonitwę myśli”… Że księżyc w pełni ją
prześladuje… Że piwo wypiła – i teraz musi biegać do toalety co chwilę… Że myśli,
co ciekawego zrobić na pożegnalny deser… Jacek również – to wstawał, to kładł
się z powrotem… To znowu wstał… W końcu, tak po piątym czy szóstym razem,
wyszedł z domu. Wstałem i wyszedłem za nim. Był półmrok. Okrągły księżyc
oświetlał dokładnie wszystko co znajdowało się wokół. Przy naszym grillowisku
spacerował sobie jakiś kotek – ale nie od sąsiadów, bo tamten jest czarno biały
a ten jednokolorowy. Zapytałem Jacka, czy może jest mu niewygodnie…
Odpowiedział że wszystko jest OK. Jak twierdził, to wszystko jest przez zmianę
czasu – a dodatkowo, przez emocje. Za chwilę przyszła też Lucyna. Była „oddać”
resztę piwa i usłyszała że rozmawiamy, to przyszła do nas. Wszyscy poszliśmy aby
usiąść przy zimnym już grillu. Kotek wystraszył się i uciekł. Na stole leżały
jakieś pozostawione rzeczy. Księżyc świecił tak jasno, że bez trudu
zobaczyliśmy co to takiego jest. A były to napoczęte paczki ciasteczek Dr.
Gerard. Widać było, że „futrzany gość” – kotek który zwiał moment temu, nie
zdążył się do nich dobrać… Jedne to były - -ciasteczko agrestowe, a drugie to
klasyczne krakersy. Lucyna krzyknęła z radości, że chyba z nieba jej to spadło,
bo w zamrażalniku ma opakowanie lodów toffi, to wpadł jej do głowy pomysł, na
deserotekę do porannej kawy. Chcieliśmy z Jackiem dowiedzieć się, co też
takiego wymyśliła ta Lucyna, ale ta krótko ucięła gadkę, że to będzie
niespodzianka. Rano – chwilę po śniadaniu, Lucyna podała nam na talerzyku, po
dwie jakieś kule. Wyglądały one jak duże kasztanki, albo pulpety obsmażone we
frytownicy. Tyle że ociekały one jakimś owocowym sosem. A na wierzchu była bita
śmietana i posypane to było czekoladą. Zaskoczony tym widokiem, powiedziałem że
ta deseroteka, to miały być lody… Lucyna odgryzła mi się mówiąc, abym najpierw
spróbował a później dopiero wnosił swoje uwagi. Tak też zrobiłem. Lecz zaraz po
tym zaniemówiłem z wrażenia! Obaj z Jackiem dopytywaliśmy się Lucyny, jak takie
coś się robi… Odpowiedziała że bardzo prosto – mocno zmrożone lody formuje się
w kulki, obtacza się w drobno pokruszonych ciastkach. Warstwa ciastek powinna
być jak najgrubsza. Ona miała dwa rodzaje – najpierw obtoczyła lody w
-ciasteczkach agrestowych a później w krakersach. Teraz tylko opiec w gorącej
frytownicy – i gotowe! Wszyscy stwierdziliśmy, że to jest coś fantastycznego! A
Jacek – z tej okazji – odłożył wyjazd na następny dzień…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz