Było już całkiem ciemno i tylko w świetle latarni było widać
padający śnieg w kształcie podobny do maleńkich piórek. Przemierzałem labirynt
dzielnicy domków jednorodzinnych wiedziony przez intuicję i pamięć wzrokową
dotyczącą budynków wiodących do celu jakim był dom mojego kolegi. W końcu udało
mi się znaleźć dom, który pamiętałem po kamiennej obudowie i zielonym płocie.
Dostałem się na podwórko znając sposób jakiego nauczył mnie ów kolega –
wystarczyło wcisnąć ząbek zamka przekładając rękę przez otwór w ogrodzeniu.
Przemierzyłem podwórko gdzie po drodze przywitał mnie pies-stróż merdając
wesoło ogonem, wybałuszając przy tym język po którym ściekała ślina, kapiąc na
śnieżny puch i parując zeń jak lawa.
Z dużą dozą ostrożności, trzymając się kurczowo poręczy
rozpocząłem wspinaczkę po śliskich schodach w kierunku drzwi – kolega mieszkał
na poddaszu.
Parę razy zdarzyło się, że starannie wyprasowane ubrania i
wyprane na tą okazję ubrudziłbym spadając po schodach, na szczęście skończyło
się czymś co nazwałbym namiastką tańca, złośliwy obserwator miałby niemały
ubaw. Koniec końców dotarłem do drzwi, nieco zziajany – uspokoiłem oddech i
zastukałem kołatką do drzwi.
Po krótkiej chwili, otworzyła mi całkiem nieznajoma – widząc
moje zdziwienie, którego nie szło ukryć, było bowiem efektem szoku –
spodziewałem się zobaczyć kogoś zupełnie innego, poprosiła mnie bym wszedł oznajmiając, że gospodarz
zjawi się o czasie.
Dopiero teraz sobie zdałem sprawę, że właśnie dlatego
wyszedłem z domu o wiele wcześniej aby się nie spóźnić i ewentualnie pomóc
gospodarzowi w udekorowaniu pokoju.
Zastałem jednak zupełnie inną scenerię i nawet nie zdążyłem
się zacząć zastanawiać co to ma wszystko znaczyć gdy owa nieznajoma, która
wcześniej otworzyła mi drzwi zaprowadziła mnie do reszty znajomych
zgromadzonych wokół stołu gdzie rozpoczęliśmy luźne, niezobowiązujące rozmowy.
Wtem nagle pojawił się Oskar – ubrany z niezwykłą klasą i po
krótkiej mowie powitalnej złożył wszystkim życzenia. Następnie wręczył każdemu
po opłatku i zaczął się obrzęd „łamania” i składania życzeń. Kiedy już każdy „połamał
się” z każdym zasiedliśmy do stołu, na który podczas ogólnej nieuwagi, gospodarz
przyniósł śledzia, karpia w galarecie i barszcz z uszkami i pasztecikiem.
Bardzo się cieszę, że przyszedłem z pustym żołądkiem, gdyż
po pierwszej turze potraw, wylądowały na stole kolejne specjały – tym razem na
ciepło: kapusta z grzybami, zupa grzybowa, smażone ryby i duszone warzywa.
Każdej potrawy nabierałem małą porcję co by nie wyjść na łakomczucha i nie
nadwyrężyć swojej reputacji, a i tak najadłem się do syta.
Kropką nad i był deser w postaci RUREK CYNAMONOWYCH Dr Gerarda.
Palce lizać! Była to świetna „Kropka nad i” tej koleżeńskiej Wigilii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz