poniedziałek, 28 grudnia 2015

„Wigilia u Oskara”


Było już całkiem ciemno i tylko w świetle latarni było widać padający śnieg w kształcie podobny do maleńkich piórek. Przemierzałem labirynt dzielnicy domków jednorodzinnych wiedziony przez intuicję i pamięć wzrokową dotyczącą budynków wiodących do celu jakim był dom mojego kolegi. W końcu udało mi się znaleźć dom, który pamiętałem po kamiennej obudowie i zielonym płocie. Dostałem się na podwórko znając sposób jakiego nauczył mnie ów kolega – wystarczyło wcisnąć ząbek zamka przekładając rękę przez otwór w ogrodzeniu. Przemierzyłem podwórko gdzie po drodze przywitał mnie pies-stróż merdając wesoło ogonem, wybałuszając przy tym język po którym ściekała ślina, kapiąc na śnieżny puch i parując zeń jak lawa.

Z dużą dozą ostrożności, trzymając się kurczowo poręczy rozpocząłem wspinaczkę po śliskich schodach w kierunku drzwi – kolega mieszkał na poddaszu.

Parę razy zdarzyło się, że starannie wyprasowane ubrania i wyprane na tą okazję ubrudziłbym spadając po schodach, na szczęście skończyło się czymś co nazwałbym namiastką tańca, złośliwy obserwator miałby niemały ubaw. Koniec końców dotarłem do drzwi, nieco zziajany – uspokoiłem oddech i zastukałem kołatką do drzwi.

Po krótkiej chwili, otworzyła mi całkiem nieznajoma – widząc moje zdziwienie, którego nie szło ukryć, było bowiem efektem szoku – spodziewałem się zobaczyć kogoś zupełnie innego,  poprosiła mnie bym wszedł oznajmiając, że gospodarz zjawi się o czasie.

Dopiero teraz sobie zdałem sprawę, że właśnie dlatego wyszedłem z domu o wiele wcześniej aby się nie spóźnić i ewentualnie pomóc gospodarzowi w udekorowaniu pokoju.

Zastałem jednak zupełnie inną scenerię i nawet nie zdążyłem się zacząć zastanawiać co to ma wszystko znaczyć gdy owa nieznajoma, która wcześniej otworzyła mi drzwi zaprowadziła mnie do reszty znajomych zgromadzonych wokół stołu gdzie rozpoczęliśmy luźne, niezobowiązujące rozmowy.

Wtem nagle pojawił się Oskar – ubrany z niezwykłą klasą i po krótkiej mowie powitalnej złożył wszystkim życzenia. Następnie wręczył każdemu po opłatku i zaczął się obrzęd „łamania” i składania życzeń. Kiedy już każdy „połamał się” z każdym zasiedliśmy do stołu, na który podczas ogólnej nieuwagi, gospodarz przyniósł śledzia, karpia w galarecie i barszcz z uszkami i pasztecikiem.

Bardzo się cieszę, że przyszedłem z pustym żołądkiem, gdyż po pierwszej turze potraw, wylądowały na stole kolejne specjały – tym razem na ciepło: kapusta z grzybami, zupa grzybowa, smażone ryby i duszone warzywa. Każdej potrawy nabierałem małą porcję co by nie wyjść na łakomczucha i nie nadwyrężyć swojej reputacji, a i tak najadłem się do syta.

Kropką nad i był deser w postaci RUREK CYNAMONOWYCH Dr Gerarda. Palce lizać! Była to świetna „Kropka nad i” tej koleżeńskiej Wigilii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz