Było wczesne popołudnie kiedy zacząłem otwierać oczy. Po
wszystkich wigilijnych potrawach czułem się ociężały ale i syty jednocześnie,
nie miałem nawet ochoty jeść śniadania. Dokonawszy porannej higieny,
zauważyłem, że i reszta domowników powoli wraca do świata żywych. Każde po
kolei powłóczystym krokiem kierowało się do łazienki. Gdy już wszyscy dokonali
tej procedury zasiedliśmy do śniadania – woli ścisłości – zaczęliśmy dojadać
niedojedzone potrawy wigilijne. W międzyczasie tata – głowa rodziny – wpadł na
pomysł aby odwiedzić bliskich krewnych – wujka i ciocię. Wszyscy jednogłośnie
przystali na ten pomysł. Po zatelefonowaniu do nich i świadomości, ze są bardzo
chętni aby nas zobaczyć, ubraliśmy swoje świąteczne ubrania – odwieszone dnia
poprzedniego na wieszaki aby nie uległy pognieceniu. Na dworze lekko prószyło,
świeciło słońce a padający śnieg błyszczał jak brokat. Wsiedliśmy do samochodu
po czym po długim odcinku autostrady skręciliśmy w wiejską drogę gdzie już
niebawem przed naszymi oczami stanęły zamarznięte pejzaże – pamiętane z lat
dzieciństwa. Mijaliśmy białe pola okupowane przez stada gawronów i kawek,
przydrożne wierzby, wielki zamarznięty zalew i świerkowy bór na skraju, którego
mieszkali nasi bliscy. W końcu dotarliśmy do małej chatki z bali. Przywitaliśmy
się z rodziną po czym zasiedliśmy do obiadu. Wujek z ciocią zaproponowali nam
spacer po lesie na co chętnie wszyscy przystaliśmy, po części też zważając na
fakt, że w mieście nie możemy sobie pozwolić na taką przyjemność. W lesie
najbardziej zdziwiło mnie, że mimo pory roku śpiewały ptaki. I tak przy miłej
rozmowie przemierzyliśmy cały las po czym z racji zmierzchu wracaliśmy polną
drogą na skraju lasu aby się nie zgubić. Choć chyba większym powodem był strach
przed ciemnością jednego z dzieci, bo wujek z ciocią znali na pamięć wszystkie
leśne trakty. Po tym jak się już pożegnaliśmy, zabraliśmy się w drogę powrotną
do domu. A na miejscu do jedzenia zostało już niewiele, a co gorsza sklepy jak
wiadomo w święta są zamknięte. Fakt ten był przybijający zważywszy na to, że
zachciało nam się jeszcze deseru. Wtem siostra stwierdziła, że przecież możemy
zjeść ozdoby z choinki na co przystali rodzice, uznając wspólnie, że przecież
święta już się kończą. Jaka była nasza radość gdy znaleźliśmy tam KRUCHE
CIASTECZKA na choinkę Dr Gerarda. Lepszego deseru nie mogę sobie wyobrazić, co
by tak oddawał atmosferę świąt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz