piątek, 22 kwietnia 2016

Zachcianka Ani




   Rozpogodziło się i zrobiło się jeszcze cieplej. Ania piła chyba trzecią herbatę a ja rozłożyłem stolik w ogrodzie. Usadowiłem się pod „staruszką” – jabłonią. Zabrałem ze sobą kilka starych gazet i zacząłem je przeglądać. Pierwsza – wyciągnięta na „chybił/trafił” gdzieś ze środka, to magazyn weekendowy lokalnego dziennika z lat ’80 ubiegłego stulecia. Z pierwszej strony gazety dowiedziałem się, że 30 lat temu Śląskie Zagłębie odwiedziła bohaterka głównej roli filmu – „Niewolnica Isaura”. Taki szmat czasu… A wydawałoby się, że to było tak niedawno… Za chwilę przyszła Ania. Usiadła po przeciwnej stronie. Złapała wystający ze stosu kawałek gazety. Wyciągnęła ją i otworzyła gdzieś na trzydziestej trzeciej stronie. W swoim stylu – poprzewracała kartki w tył i przód. Zatrzymała swój wzrok wna chwilę w jakimś punkcie czasopisma… Nagle wstała szybko i kierując się w stronę domku, powiedziała że idzie do sklepu.

 - Co cię tak zmobilizowało?

Zapytałem zaskoczony…

- - Mam „zachciankę” – i pomysł na to jak ją zaspokoić!

Odpowiedziała Ania i szybko pomaszerowała do domu. Nie złożyła nawet gazety, którą przeglądała… Dzięki temu, spojrzałem na stronę, którą czytała żona. Tłustym drukiem, po prawej części strony widniał napis: „Karpatka”! Czyli poznałem „zachciankę Ani… Podobnie jak małżonka – tyle że z mniejszą energią – poszedłem do domu. Ania grzała mleko, którego karton nam pozostał jeszcze sprzed miesiąca. Oprócz tego, przygotowywała jakiś proszek…

 -Miałaś iść do sklepu…

Zagadnąłem.

 - Zaraz pójdę, tylko ugotuję budyń – niech w międzyczasie przestygnie.

Odrzekła.

 - Co potrzebujesz do tej karpatki?

Dociekałem…

 - Jajka, masło – cukier mam… To jeszcze krakersy – bo nie chce mi się piec ciasta…

Krzątając się mocno, odpowiedziała Ania.

 - To ty sobie tutaj rób – a ja podskoczę po zakupy.

Zaproponowałem.

 - Ty nie możesz, bo kupisz mi nie to co ja chcę!

Jak zwykle – odburknęła złośliwie.

 - Powiedz mi dokładnie co mam kupić – jak będę miał problem, to zadzwonię…

Zaproponowałem raz jeszcze.

 - No dobrze… Tylko pamiętaj – te ciastka to muszą być z Dr. Gerard!

Ania tak to podyktowała, że nie sposób było tego zapomnieć!

 - OK – załatwione – szefowo!

Odwróciłem się i udałem się do sklepu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz