Świergot było
słychać już z daleka. Jednak kiedy weszliśmy do lasu, to był już niemal wrzask!
Było już po dziesiątej… O tej porze dnia nie występuje kulminacja ptasiego
jazgotu. Cała ta „orkiestra” ma pełny koncert o brzasku, lub – w formie nieco
okrojonej – wieczorem. Na pograniczu łąki i lasu, zatrzymaliśmy się na chwilę.
Ania chciała się napić… Wtedy dotarło do mnie, że zawaliłem na całej długości!
Po minie zauważyłem, że jest na mnie trochę zła… Zapytała tylko jeszcze złośliwie,
czy ciastka również zostawiłem w spokoju na sklepowej półce… Kiwnąłem tylko
głową. Pocieszyłem Anię, aby się tak nie martwiła, bo za jakieś 250-300 m, jest
źródełko gdzie spod kamiennego głazu wypływa źródełko, z wodą zimną prawie jak
lód, nawet w najgorętsze letnie upały. Zawsze tam klękeliśmy na kamieniu i
piliśmy wodę haustami, przykładając usta bezpośrednio do jej lustra. Powoli i
spokojnie dotarliśmy do źródełka. Napiliśmy się a później usiedliśmy na obok
powalonym pniu. Zacząłem się drapać po rękach. Miałem na nich kilka czerwonych
guzowatych bąbli… Ania też zaczęła się drapać. Okazało się, że obok nas fruwa
rojek meszek! Zaskoczeni byliśmy tym widokiem, już w pierwszej dekadzie
kwietnia… Ale taki jest tegoroczny efekt niezwykle ciepłej zimy. Na całe
szczęście, mogliśmy przyodziać się w długie spodnie oraz bluzy z rękawami.
Usiedliśmy z powrotem na pieńku. Świergot wszelkich ptaków brzmiał dość
intensywnie. Ania sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej jakieś napoczęte – a raczej
niedojedzone – ciastka. Kiedy się uważniej przyjrzałem, to zauważyłem, że były
to krakersy classic dr Gerard. Pociekła mi ślinka, ale wiedziałem poprosić Ani
aby mnie poczęstowała choć małym okruszkiem… Moja spostrzegawcza małżonka
natychmiast zauważyła głupią minę u mnie. Sięgnęła do torby raz jeszcze.
Wyciągnęła z niej jakieś pomięte opakowanie, które mi podała. Po rozprostowaniu
torebki przeczytałem, że są to draże maltikeks. W opakowaniu zostało jeszcze
sześć drażetek…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz