Zaraz po wyjściu
sięgnąłem do kieszeni po smartfona. W zakładkach przeglądarki internetowej
zapisaną miałem stronę - którą znalazłem
zaraz po włączeniu programu. Tapnąłem w „przepisy”… Pierwszym na liście był:
SHAKE WANILIOWY Z MARKIZAMI MAFIJNYMI. Przeczytałem skład oraz sposób
przyrządzenia. „Fantastyczne!” – Krzyknąłem… Nie dość że proste jak szprycha,
to jeszcze szybkie jak „Air Force One”! No i na taką ciepłą i fantastyczną
pogodę – jak dziś! Po drodze napotykałem znajomych robiących wiosenne porządki
w ogrodach. Z każdym należało zamienić przysłowiowe „dwa słowa”. W końcu
dotarłem do celu. To znaczy – sklepu. Trudno to nazwać jakimś sklepem… Malutki
drewniany barak, postawiony tuż przy szosie. Jednak zaopatrzony całkiem nieźle –
jak na wiejskie warunki! Były w nim wszystkie te ciastka jakie potrzebowałem.
Mleko również było – mały problem był tylko z lodami waniliowymi. Ale wszystko
dobre, co się dobrze kończy! Były waniliowe z karmelem. Z zakupami – czym prędzej
poszedłem do domu. Sąsiad zapraszał mnie na piwo, lecz zmuszony byłem odmówić
mu tym razem… Zaproponowałem spotkanie u nas w ogrodzie. Po przyjściu, Ania
złośliwie stwierdziła, że chyba do stolicy pojechałem po te zakupy… Odparłem że
może i w stolicy, ale w naszej – nie tak jak ona, w Buenos Aires… Podałem jej
te swoje krakersy i poszedłem robić swoje. Za chwilę wrzask małżonki postawił
mnie na równe nogi! Czerwona ze złości jak burak ćwikłowy, natychmiast stanęła
obok mnie. Nie krzyczała już, ale syczała ze złości… Bo krakersy które kupiłem,
nie były klasyczne, lecz cebulowe…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz