sobota, 16 kwietnia 2016

Szczęście w nieszczęściu




   Ciemne chmury zaczęły pojawiać się nad naszym wzgórzem. Słońce zostało zakryte i słychać było coraz mocniejszy szum drzew. Osłonięci byliśmy brzegiem skarpy na wzgórzu, porośniętej starym lasem. Zgodnie – oboje z Anią – doszliśmy do wniosku, że trzeba iść, aby schronić się w domku. Każda burza w lesie, to wielkie niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia człowieka. A taka wiosenna – pierwsza burza – niebezpieczeństwo jest tym większe! Do owego domku mieliśmy około 2 km. Doliczając utrudnienia w postaci chaszczy i zawiłych ścieżek, gdzie momentami ledwie można się przesmyknąć, to dodaje nam czas do dojścia o dobrych parę minut. Ptasi śpiew był cały czas intensywny. Ani na głowę spadła kulka ziemi, która pewnie wyleciała jakiemuś ptakowi z dzioba, budującego rodzinny domek. W pierwszej chwili po wyciągnięciu koralika z czupryny, pomyślała że to ja rzuciłem w nią drażetką Maltikeks – bo kuleczka była łudząco podobna do drażetek produkowanych przez firmę Dr. Gerard. Odgroziła się nawet początkowo, że już mi nigdy nie da żadnych ciasteczek, skoro ich nie szanuję… Po wyjaśnieniu sytuacji, małżonka mi uwierzyła. Pewna już była że mówię prawdę, kiedy pokazałem jej srokę majstrującą coś przy swoim gnieździe, na samym czubku wysokiej brzozy pod którą akurat byliśmy. Do skraju lasu było tuż, tuż… Do domku było już około 600-700 m. Zaczęło się przejaśniać. Wiatr nadal wiał dość mocny, ale zrobiło się chłodniej. W lesie nawet odrobinę zmarzliśmy. Po wejściu do domku najpierw pootwieraliśmy okna. Następnie nastawiłem wodę na upragnioną herbatę. Ania trzaskała drzwiczkami szafek i szufladkami, oraz zdenerwowana mruczała coś pod nosem… W końcu krzyknęła, że dziś jest jakiś pechowy dzień, bo chociaż nie trzynasty – ani piątek – to coś nas od wyjazdu prześladuje, bo ani jedno ciastko – obojętnie jakie – nie zostało się. Do sklepu jest w prawdzie nie daleko, ale Ania twierdzi że jest okropnie głodna i słaba, że nawet się nie ruszy aby iść. Poszedłem do pokoiku… Otworzyłem barek, i… Moim oczom ukazała się cała paczka ciasteczek wit’AM dr Gerard, które zostawiliśmy tam miesiąc temu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz