Przed świętami jest najwięcej pracy w domu. Dlatego
postanowiłam wcześniej zabrać się do porządków. W pierwszej kolejności zaczęłam
układać swoje ubrania i przy okazji odkładałam grubsze rzeczy na następny
sezon. W sobotę zajęłam się pokojami
córki i syna. Wspólnie dokonywaliśmy generalnych przeglądów w szafie. Kasia z
Marcinkiem mają po osiem lat. Są bliźniakami różniącymi się pod każdym względem.
Kasia jest cicha, spokojna, a Marcinek jest całkowitym przeciwieństwem.
Rozrabia w domu i w szkole. Tak mówi mi córka. Martwię się z tego powodu. Jestem w częstym kontakcie z
wychowawcą. Nawet rozmawiałam z psychologiem szkolnym. Po tym spotkaniu zrozumiałam, że muszę bardziej
wciągać dzieci w życie rodzinne. Narzuciłam im obowiązki umycia podłogi,
naczyń, oraz utrzymanie porządku w swoim pokoju. Na szczęście mąż mi w tym
pomaga trzymając odpowiednią dyscyplinę. Czasami się z nim nie zgadzam, ale nic
nie mówię przy maluchach. Jak okazało się dużo ubrań jest za małych. Jeszcze
nie zniszczone zostawiliśmy dla dzieci bardziej potrzebujących. Także
odłożyliśmy pudełko zabawek. W najbliższych dniach zawiozę to wszystko do
zaprzyjaźnionej wielodzietnej rodziny. W pokojach dzieci zrobiło się troszeczkę
luźniej. Natomiast trzeba kupić nowe ubrania i buty dla nich. Na większe zakupy
postanowiliśmy jechać na następną sobotę. Pod wieczór zrobiłam dla całej
rodziny deser budyniowy. Ugotowałam budyń waniliowy i do gorącego wsypałam galaretkę
cytrynową. Mieszałam do całkowitego rozpuszczenia. Moje niezawodne dyżurne kruche
ciasteczka obecnie w wersji świątecznej Dr. Gerarda o smaku miód i migdał rozłożyłam
na brytfance. Na nie położyłam lekko ciepły krem budyniowy i wyniosłam do
chłodnego pomieszczenia. Po paru minutach zarządziłam przerwę i każdemu podałam
na talerzyku napoleonkę. Szybko ją się robi, ale jeszcze szybciej znika z talerza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz