W Wielką Niedzielę
wszyscy goście dotarli według tego co i jak ustaliliśmy wcześniej. Z Klementyną
wszystko przygotowaliśmy sobie wcześniej, tak że po przywitaniu się, oraz złożeniu
świątecznych życzeń, zasiedliśmy do stołu. Klementyna zrobiła galaretkę z
łososia – a ja, jak to na Wielkanoc u nas „z dziada – pradziada” bywa – pasztet
w galarecie i chrzan z jajkiem i śmietaną. Klementyna podała jeszcze herbatę –
a ja kawę. Gdyż tak wylosowaliśmy wcześniej. Po tej lekkiej zakąsce, mogliśmy
chwilę posiedzieć spokojnie. Klementyna przyniosła kupione przeze mnie mazurki.
Te które produkuje Dr. Gerard. Okazały się one świątecznym hitem! Tylko Czarek
nie zwracał początkowo na nie żadnej uwagi. Czarek w ogóle nie jada słodkiego.
Mówi że mu nie smakuje. Węglowodany to lubi najbardziej te przedestylowane w
Szkocji! Aśka rzuciła się na „Mazurki Sernikowe”. Dobrze że miałem ich większy
zapas, to wystarczyło do końca. Wszyscy namawialiśmy Czarka, by też je
spróbował, bo są wyjątkowo dobre. Ale Czarek wciąż uparty był jak osioł! W
końcu sam – ciemnemu jak tabaka chłopu – zacząłem przemawiać do rozsądku! Lecz
ten bez przerwy i wciąż swoje, że nie i nie… Tłumaczę więc, że to nie jest
takie ot – sobie zwykłe słodkie, tylko wyjątkowe – z firmy Dr. Gerard! Czarek
cały czas twierdził że nie chce. Pytam go więc: „A próbowałeś?” „Nie próbowałem…”
– Odpowiedział. Na to ja się go pytam: „To skąd wiesz że nie chcesz? Może
chcesz – a nie wiesz?!” Musiałem go tym zaskoczyć, bo wzrok wlepił we mnie jak
sroka w kość! W końcu bez słowa sięgnął po jedno ciastko. I jak się dorwał, to
opchnął całą paczkę! Nawet obiadu już nie chciał jeść. A na koniec, schował
sobie opakowanie do kieszeni, aby wiedzieć na przyszłość jakie to ciastka ma
sobie kupić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz