W poprzednim poście opisywałam o przeżyciach związanych z pobytem
na Światowych Dniach Młodzieży. Nie można naraz wszystkiego opisać, to trzeba
przeżyć. Po uroczystej końcowej mszy w miejscowości Brzeg koło Krakowa
zwinęliśmy swoje tobołki i wyruszyliśmy do autokarów. odległość do nich liczyła
około sześciu kilometrów. Niestety w połowie drogi zastało nas prawdziwe
oberwanie chmury. Okrywaliśmy się niebieskimi perynami z napisem ŚDM. Każdy
uczestnik zakupił sobie cały zestaw to znaczy plecak, trzy bluski, pelerynę w
kolorze niebieskim. W plecaku też znajdowała się mapa Krakowa, i modlitewnik.
Nie przerażał nas deszcz, ponieważ w autokarze mieliśmy zapasowe ubrania. W
najważniejszych momentach tej uroczystości nie padało. Najbardziej bałam się deszczu
podczas nocnego czuwania i na polach namiotowych. Na szczęście nie planowaliśmy
już spać pod namiotami. Po dwugodzinnym
marszu głośno śpiewając doszliśmy do autobósów. Nawet deszczowa pogoda nie
potrafiła zepsuć naszego dobrego nastroju. Na trasie przemarszu były ustawione
toalety, z których każdy skorzystał. W autokarze zmieniłam buty i bluskę. Po
zebraniu i policzeniu wszystkich osób wyrószyliśmy w powrotną drogę do Gdańska.
Gdy wyjechaliśmy z Krakowa zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Podczas pół
godzinnej przerwy każdy coś kupił sobie do zjedzenia. Ja z koleżankami
kupiliśmy sobie po kawie oraz do niej nasze ulubione witaminki jabłko i
witaminki truskawka Dr Gerarda. Bardzo lubię słodycze tego producenta i jak mam
okazję, to je kupuje. Sporo osób wybierało właśnie tego rodzaju ciastka. W
autobusie jeszcze trochę śpiewaliśmy, ale już coraz ciszej, aż w końcu umilkł
śpiew. Ludzie zmęczeni po nocnym czuwaniu zapadli w krótką drzemkę. Ja przespałam trzy godziny. Obudziłam się
słysząc wkoło przyciszone rozmowy. Po krótkim wypoczynku poczułam się lepiej.
Nasz organizator wziął gitarę i zaczął od nowa koncert. My oczywiście
dołączyliśmy się do niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz