Ola i Marta patrzyły przez okno.
Obserwowały sikorkę, która skubała zawieszony na sznureczku ptasi przysmak.
Miała trudne zadanie, gdyż zerwał się wiatr i gwałtownie szarpał smakołyk wraz
z uczepioną na nim sikorką. Porywy wiatru strąciły ostatnie suche liście z
drzew. Ogołocone gałęzie niespokojnie wiły się smagane przez wichurę. Sikorka
nie zdołała się utrzymać przy swojej zdobyczy, poderwała się do lotu i uleciała
gdzieś, zapewne w jakieś bezpieczne dla niej miejsce. Pomyślałam wówczas – jak dobrze
w taką paskudną pogodę być w domu. Zerknęłam na dziewczyny. Nie patrzyły już
przez okno. Jedna z nich rozkruszała herbatniki od Dr Gerarda. Były to Mafijne
lemon, wybitnie kruche herbatniki wcześniej oddzielone od śmietankowo cytrynowego
nadzienia. Druga z dziewczyn właśnie ukręcała to markizowe nadzienie z masłem.
Dziewczyny robiły ciasto na niedzielę z użyciem przepysznych markizów od Dr
Gerarda. W kuchni nagle zrobiło się ciemno a o parapet począł walić grad. Za
oknem drzewa chwiały się na porywistym wietrze. Ola włączyła światło. Na chwilę
zrobiło się jasno. Niestety tylko na chwilę, bo niespodziewanie wyłączono prąd.
Prawdopodobnie wichura spowodowała awarię na linii co się u mojej rodziny na
wsi dość często zdarza. Dziewczyny okrzykiem wyraziły swoje niezadowolenie.
Istniało ryzyko, że jeżeli awarii szybko
elektrycy nie usuną to ciasto się nie uda. Ola i Marta usiadły zrezygnowane.
Właśnie miały wstawiać kruche do piekarnika a piekarnik jest zasilany prądem.
Uspakajałam je, że ciastu nic się nie stanie, ale nic to nie dało dziewczyny nadal
się martwiły. I w tym momencie żarówka się zaświeciła. Mieliśmy prąd! Wszystko
dobrze się skończyło. Ciasto udało się wyśmienicie. Zajadaliśmy się nim przez całą
niedzielę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz