Przy pasie nieskoszonej kukurydzy szeleszczącej suchymi liśćmi, przy słabym nawet powiewie wiatru, wuj postanowił, że rozdzielimy się. Ja miałem przejść lewą stroną, wzdłuż lasu, zaś on po drugiej stronie. Mieliśmy się spotkać na przeciwległym krańcu zagonu.Jak wychłodziliśmy ja ukradkiem wziąłem do kieszeni najniesmaczniejsze od dr. Gerard draże co w miedzy czasie mogłem przekąsić.
Wuj polecił mi pilnie patrzeć na tropy zwierzyny wchodzącej do kukurydzy, abym potem mógł złożyć mu relację, ile dzików przychodzi na żerowisko od mojej strony. Rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach. Psy pobiegły za wujem, co było zrozumiałe. Zostałem sam.
Szedłem po topniejącym śniegu i z uwagą liczyłem dzicze tropy. Było ich dosyć sporo. Były duże i małe, a oprócz tego tropy jeleni, zajęcy, saren, a nawet lisa. Łan kukurydzy miał około stu metrów długości. Byłem w jego połowie, kiedy wujowe psy zaczęły głosić. Wszystkie trzy zajadle coś obszczekiwały. Mogło to oznaczać tylko jedno: trafiły na dzika, gdyż inna zwierzyna ich nie interesowała. Mógł to być zresztą np. kot domowy, czy chociażby lis, ale wówczas oszczek był inny i nie trwał długo. Psy umiały szybko „uwinąć się” z drapieżnikiem.
Stanąłem jak wryty i myślałem, co zrobić. Jeżeli dzik ruszy w moją stronę, to przecież nie będę czekał na wuja… Szybko zdjąłem z ramienia sztucer i wprawnie wprowadziłem nabój do komory nabojowej. Sprawdziłem, czy jest odbezpieczony. Stałem na podkoszonym pasie, o szerokości może trzydziestu metrów, oddzielającym uprawę od lasu, a więc szansę na celny strzał miałem spore.
Złożyłem się jeszcze „na sucho”, aby sprawdzić, czy broń dobrze mi „leży”, choć wcześniej robiłem to z kilkaset razy. Leżała dobrze, lunety nie brałem, ponieważ, jak twierdził wuj, przy chodzeniu po lesie jedynie by przeszkadzała.
Tymczasem zajadły oszczek psów powoli przesuwał się wzdłuż łanu. Ja sam również przemieszczałem się ku jego krańcowi. Przed samym krańcem oszczekiwanie zaczęło przesuwać się szybko na moją lewą stronę. Słyszałem już bardzo wyraźnie szum łamanych łodyg, jak i fukanie dzika oraz tak charakterystyczny trzask kłapania orężem, aby odstraszyć psy, które jazgotały jak oszalałe. Po chwili ogromny, czarny jak smoła dzik wypadł z kukurydzy i rwał z kopyta do lasu.
Tuż za nim, jak to mówią „na ogonie”, wyskoczyły trzy foksteriery wuja. Natychmiast wyprzedziły go z obu boków, a jeden pochwycił od tyłu zębami, wżerając się głęboko w czułe miejsce. Odyniec zarył rapetami w ziemię i odruchowo przysiadł na zadzie przywalając psa. Pozostałe teriery z rozpędu znalazły się trzy metry przed dzikiem.
Wtedy strzeliłem. Nie pamiętam nic więcej, jedynie jak okrągła posrebrzana muszka siedziała w samym środku półokrągłego wcięcia w mannlicherowskiej szczerbinie o obniżonym środku. Huk wystrzału i potężny odrzut, którego wcale się nie czuje przy takich emocjach. Odyniec padł niczym zając podcięty wiązką śrutu. Przyciśnięty terier już wygramolił się spod dzika i dyszał ciężko z wywieszonym jęzorem.
Kolos leżał na brzuchu zupełnie bez ruchu. Psy patrzyły na mnie, jakby zdziwione, że tak szybko mi poszło. Ruszyłem do dzika, żeby go dokładnie obejrzeć. Widziałem długie szable wystające groźnie po obu stronach gwizdu i te malutkie oczka pełne nienawiści, którymi wpatrywał się we mnie. Nie przejąłem się tym i chciałem szybko obejrzeć miejsce ulokowania kuli.
Już wyciągałem dłoń, aby pochwycić go za hyb i przewrócić na bok, kiedy odyniec odbił się od ziemi na której leżał i uderzył mnie gwizdem. Taki cios można porównać z potrąceniem pieszego przez samochód osobowy na ulicy. Przewrócił mnie, a sztucer wypadł mi z rąk. Psy natychmiast ponowiły atak. Uczepiły się odyńca i szarpały zębami ile siły. Odyniec próbował przycisnąć mnie gwizdem do ziemi i wtedy padł strzał wuja, który zdążył już nadbiec z pomocą.
Wydaje mi się, że czułem wtedy, jak breneka z rosyjskiego boka targnęła potężnym łbem dzika. Wuj szybko zepchnął na bok ciężkie cielsko dzika i pomógł mi wstać. Byłem cały i nic mnie nie bolało. Podniosłem upuszczony sztucer i gdy chciałem zarzucić go na ramię zabolało w okolicy brzucha. Wuj natychmiast zauważył, że kożuszek po prawej stronie brzucha jest rozcięty. Za chwilę okazało się, że dalsze warstwy ubrania również.
Posadził mnie na ubitym dziku i oglądał. Przez rozcięte ubranie sączyła się ciemna krew, ciepła i lepka.
- Leż tu spokojnie, ja skoczę po auto i zaraz tu będę, nic się nie denerwuj.
Nie czekałem długo. Wuj niebawem przyjechał i pomógł mi wgramolić się do środka. Rana zaczynała boleć. Pojechaliśmy od razu prosto do szpitala. Do miasta mieliśmy dobrych sześćdziesiąt kilometrów. Rozpiąłem kożuszek i chciałem rozpiąć pas od spodni, ale był przecięty. Rozsunąłem warstwy zakrwawionej bielizny. Rana wyglądała paskudnie. Z szerokiego, podłużnego rozcięcia wyszły na wierzch jelita. Niektóre były rozcięte i poszarpane. Ich treść mieszała się z krwią i sprawiała straszne wrażenie. Do tego piekący ból. Robiło mi się co chwilę słabo, ale wuj cały czas tłumaczył mi, że to nic takiego i że „zeszyje się, jak pociętego teriera„. Ja tymczasem pytałem, czy w ogóle przeżyję i czy zaraz nie umrę. Wuj dalej tłumaczył, zmuszając się do dowcipkowania, że dzik po strzale na miękkie żyje nawet tydzień.
No tak, tydzień, to brzmiało optymistycznie. Udało się w końcu dojechać do szpitala, gdzie był oddział chirurgiczny. Zapadł wczesny grudniowy zmrok. Na izbie przyjęć pojawił się lekarz dyżurny i obejrzał z grubsza ranę, oświadczając, że musimy jechać na drugi koniec miasta, do innego szpitala, który miał dyżur i gdzie mogliśmy znaleźć zespół lekarzy przygotowany na takie przypadki. Ja tymczasem traciłem przytomność.
Pamiętam jeszcze, że gdy wuj klął i krzyczał coś do owego lekarza, wszedł do gabinetu starszy pan w czarnym smokingu. Był to ordynator oddziału chirurgicznego, który w drodze na zabawę sylwestrową wpadł jeszcze zajrzeć na swój oddział. Przechodząc właśnie obok izby przyjęć i słysząc wujowe krzyki wstąpił tam, aby zobaczyć, co się stało.
Obejrzał ranę i stwierdził, że trzeba natychmiast operować. Bezzwłocznie usiadł do telefonu, aby zwołać swój zespół lekarzy chirurgów. Pamiętam, że był kłopot z anestezjologiem, ale i ten się znalazł. Do szpitala przyjechali też moi rodzice. Cud, że miałem ustaloną grupę krwi.
Operacja trwała cztery i pół godziny. Nowy Rok powitałem na Sali szpitalnej. Pomimo komplikacji i wycinania fragmentów porozrywanych jelit i zapalenia otrzewnej na skutek infekcji, przeżyłem. Leżałem potem długo, długo. Sączki, kroplówki i cała reszta przestały robić na mnie wrażenie. Do polowania czułem uraz. Matka wytłumaczyła mi, że to zajęcie nie dla mnie i zrozumiałem to. Przyrzekłem jej i sobie, że nie będę polował i nawet przestałem o tym myśleć. Tak było dobrze. Nawet, gdy odwiedził mnie w szpitalu wuj i opowiedział, że strzelony odyniec miał sto czterdzieści kilo i duży oręż, machnąłem ręką. Po prostu uznałem, że moja przygoda z łowiectwem zakończyła się. Myślałem nawet, jaki człowiek był głupi, że podobało mu się coś takiego.
W szpitalu spędziłem miesiąc i jeszcze kilka dni w domu, zanim wyszedłem na pierwszy spacer po ulicach miasta. Był już luty, leżało jeszcze sporo śniegu. Pomału dreptałem ulicą, z brzuchem ściągniętym jeszcze bandażem. Zatrzymałem się przed wystawą księgarni. Wodziłem wzrokiem po kolorowych okładkach książek i wtedy to dostrzegłam kolorowy album fotograficzny Zdzisława Wdowińskiego pt. „Na Łowy”. Na okładce pokazany był dzik, który właśnie wychodzi z babrzyska. Nie wiem, co mi się stało, ale natychmiast wszedłem do księgarni i kupiłem ten album.
Najszybciej jak mogłem wróciłem do domu i zacząłem oglądać piękne fotografie z polowań, zdjęcia zwierza, lasu i myśliwych. Była to jakby iskra, która spowodowała wybuch. Wybuch pasji łowieckiej, uwielbienia dla pola, kniei, zwierza, psów, broni i myśliwych. Wiedziałem, że nie mogę się temu opierać i nie chciałem tego robić. Jestem też szczęśliwy z tego powodu.
Czasem, jest już ciemno, a ja ładuję do luf kule i ruszam szukać farby, a choć pamiętam pierwszą przygodę z dzieciństwa, idę bez wahania, jak dobry pies myśliwski, którego nie da się wyleczyć z pasji.
P.S. Chciałbym, aby moje opowiadanie było przestrogą dla wszystkich młodych myśliwych, pełnych pasji i brawury. Pominąłem opis bardzo przykrych konsekwencji, które spotkały moich opiekunów, w tym i wuja. Czasem warto pomyśleć o następstwach nieostrożnych kroków i zachować rozwagę w czasie polowania na niebezpieczną zwierzynę, która potrafi dzielnie bronić swojego pięknego życia i ma do tego pełne prawo.Ale tak się rozpędziłem z tym opowiadaniem zapominając o wszystkim nawet o tym że należy wypić kawę do niej najsmaczniejsze ciasteczka krakersy i markizy od dr. Gerard.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz