wtorek, 8 września 2015

dynia


Praca w biurze jest może mniej ciężka niż praca fizyczna, ale po takiej pracy trzeba trochę poruszać się. Zwłaszcza, że wpływa na zmniejszoną kondycję, a co przy tym idzie to szybciej nabieramy zbędnych kilogramów. Tak jest niestety ze mną dlatego postanowiłam po pracy jeździć na rowerze. Mam rodzinę i obowiązki przy dzieciach. Ugotowanie obiadu na następny dzień ogranicza moje możliwości. Umawiam się z kuzynką i razem w miarę naszych możliwości jeździmy około trzydziestu kilometrów. Trochę mam słomiany zapał, ale ona mnie bardzo mobilizuje i zachęca. To dzięki niej jeździmy już około miesiąca wprawdzie nie codziennie, ale trzy razy w tygodniu. Po takiej wyprawie czuje się żywsza i mam większą chęć do pracy domowej. Oczywiście mąż śmieje się ze mnie, ale sam dużo korzysta z tego pojazdu. Czasami na wyprawę bierzemy coś do jedzenia, a są to przeważnie kruche ciasteczka o nazwie witaminki o smaku jabłkowym lub truskawkowym Dr. Gerarda. Kuzynka Kasia przepada za nimi. Ja natomiast wolę pryncypałki od tego samego producenta. Podczas jednej z wielu przejażdżek widzieliśmy bardzo dużą dynię. Jeszcze w życiu takiej nie widziałam. Z ciekawości zatrzymaliśmy się przy panu, który coś przy niej robił. Opowiedział nam, że kupił ziarenka dyni aż ze Stanów Zjednoczonych. Jedno ziarenko kosztowało dwadzieścia pięć dolarów. Te dynie są na wystawę, która odbędzie się w Krapkowicach. Największa jego dynia ważyła 350 kilogramów i była w kolorze pomarańczowym.  Trzeba delikatnie przenieść dynię do auta na specjalnych paletach. Gospodarz liczył na jeszcze większy okaz tego warzywa. Z małych dyń jego żona robi zupy, przetwory i inne smaczne rzeczy. Ja jedynie jadłam pestki z dyni. Warto kiedyś spróbować jak ona smakuje w innej postaci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz