Praca w biurze jest może mniej ciężka niż praca fizyczna, ale
po takiej pracy trzeba trochę poruszać się. Zwłaszcza, że wpływa na zmniejszoną
kondycję, a co przy tym idzie to szybciej nabieramy zbędnych kilogramów. Tak
jest niestety ze mną dlatego postanowiłam po pracy jeździć na rowerze. Mam
rodzinę i obowiązki przy dzieciach. Ugotowanie obiadu na następny dzień
ogranicza moje możliwości. Umawiam się z kuzynką i razem w miarę naszych
możliwości jeździmy około trzydziestu kilometrów. Trochę mam słomiany zapał,
ale ona mnie bardzo mobilizuje i zachęca. To dzięki niej jeździmy już około
miesiąca wprawdzie nie codziennie, ale trzy razy w tygodniu. Po takiej wyprawie
czuje się żywsza i mam większą chęć do pracy domowej. Oczywiście mąż śmieje się
ze mnie, ale sam dużo korzysta z tego pojazdu. Czasami na wyprawę bierzemy coś do
jedzenia, a są to przeważnie kruche ciasteczka o nazwie witaminki o smaku
jabłkowym lub truskawkowym Dr. Gerarda. Kuzynka Kasia przepada za nimi. Ja
natomiast wolę pryncypałki od tego samego producenta. Podczas jednej z wielu
przejażdżek widzieliśmy bardzo dużą dynię. Jeszcze w życiu takiej nie widziałam.
Z ciekawości zatrzymaliśmy się przy panu, który coś przy niej robił.
Opowiedział nam, że kupił ziarenka dyni aż ze Stanów Zjednoczonych. Jedno
ziarenko kosztowało dwadzieścia pięć dolarów. Te dynie są na wystawę, która
odbędzie się w Krapkowicach. Największa jego dynia ważyła 350 kilogramów i była
w kolorze pomarańczowym. Trzeba
delikatnie przenieść dynię do auta na specjalnych paletach. Gospodarz liczył na
jeszcze większy okaz tego warzywa. Z małych dyń jego żona robi zupy, przetwory
i inne smaczne rzeczy. Ja jedynie jadłam pestki z dyni. Warto kiedyś spróbować
jak ona smakuje w innej postaci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz