wtorek, 15 września 2015

Punkt "G"




   Odpoczęliśmy nieco i należało zbierać się do dalszej drogi. Do punktu kulminacyjnego pozostał nam jeszcze ostatni zakręt – może dwa… Kierownik Waldek ustawił nas w szeregu i nakazał odliczyć kolejno. Na szczęście wszyscy potrafili liczyć do dziesięciu – kierownik Waldek też – więc jakoś poszło. Z dalszej odległości słychać było szum lasu. Wiesiek miał nieco przytłumiony słuch, bo nie zdążył wypić porannej kawy, co poskutkowało przytkaniem uszu. Zjadł kilka ciastek które zagryzł zebranym runem leśnym. Runo miało postać czarnych jagód i malin. Swoimi zebranymi dobrami chciał się podzielić z innymi uczestnikami. Sandra przestrzegła jednak wszystkich, że takie zjadanie jagód prosto z krzaka może skończyć się nawet trafieniem do szpitala, bo lisy zostawiają mocz na krzakach borowiny i zarazić się można jakimś paskudztwem. A leśne maliny, to również żadna przyjemność, bo zawierają spore ilości wsadu proteinowego w postaci pełzających larw. Kiedy to wszystko dotarło do Wieśka, to dostał mocnych wypieków na twarzy, po czym bardzo zbladł i zrobił się prawie przezroczysty. Poprosił wszystkich aby chwilę poczekali, pożyczył saperkę od Grześka i czym prędzej udał się w głąb lasu. Sandra miała w obec siebie wyrzuty sumienia, ale reszta załogi ją uspokoiła, że nie zrobiła nic złego. Mimo to, Sandra miała żal do siebie o to, że o wszystkim mogła powiedzieć w inny sposób. Wieśka nie było dość długo, aż w końcu powoli przyczłapał z lasu i stanął na telepiących się nogach. Kierownik Waldek zarządził jeszcze pięć minut przerwy. Wiesiek usiadł i wyciągnął butelkę z wodą oraz resztki ciastek. Zjadł, napił się, po czym oznajmił że można iść dalej. Wiatr szumiał coraz mocniej. Zjawisko to było jednak bardzo dziwne, gdyż nie ruszył się nawet jeden listek na drzewie. Kiedy co jakiś czas wchodziliśmy do cienia, to coraz bardziej dawały się we znaki stadka komarów. W pewnym momencie zorientowaliśmy się wszyscy, że to nie wiatr miota drzewami, tylko „siódmy cud natury” – czyli szumy na Tanwi słyszalne są już z kilkuset metrów! Jednak zanim mieliśmy dać się pochłonąć wrażeniom natury, to postanowiliśmy skorzystać z usług miejscowego punktu gastronomicznego. Grześkowi marzył się świeży pstrąg złowiony w Tanwi – albo jeszcze lepiej w strumyku „Jeleń”! Ale jedyną rybą jaka była w ofercie, był smażony filet z mintaja… Ela miała skromniejszą zachciankę – dobry żurek z jajkiem i kiełbasą… Był żurek i jajko – bez kiełbasy! No, „żurek” to za wiele powiedziane… Jakiś krochmal z dodatkiem kwasku cytrynowego! Jajko chociaż było zjadliwe… Jednak wszystko poszło w niepamięć po tym, jak zobaczyliśmy spory asortyment produktów Dr. Gerard! Dokonaliśmy odpowiedniej ilości zakupów i poszliśmy przez kładkę na drugi brzeg. Kierownik Waldek raptownie rozpakował paczkę „mafijnych”. Poczęstował wszystkich a każdy sięgnął po nie ochoczo. Za chwilę Dorota postanowiła przetestować „Kremisie”. Smakowały każdemu Wybornie! Kierownik Waldek rozłożył mapę. Rozpoczęliśmy dyskusję na temat wyboru drogi powrotnej…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz