Odpoczęliśmy nieco
i należało zbierać się do dalszej drogi. Do punktu kulminacyjnego pozostał nam
jeszcze ostatni zakręt – może dwa… Kierownik Waldek ustawił nas w szeregu i
nakazał odliczyć kolejno. Na szczęście wszyscy potrafili liczyć do dziesięciu –
kierownik Waldek też – więc jakoś poszło. Z dalszej odległości słychać było
szum lasu. Wiesiek miał nieco przytłumiony słuch, bo nie zdążył wypić porannej
kawy, co poskutkowało przytkaniem uszu. Zjadł kilka ciastek które zagryzł
zebranym runem leśnym. Runo miało postać czarnych jagód i malin. Swoimi
zebranymi dobrami chciał się podzielić z innymi uczestnikami. Sandra
przestrzegła jednak wszystkich, że takie zjadanie jagód prosto z krzaka może
skończyć się nawet trafieniem do szpitala, bo lisy zostawiają mocz na krzakach
borowiny i zarazić się można jakimś paskudztwem. A leśne maliny, to również
żadna przyjemność, bo zawierają spore ilości wsadu proteinowego w postaci
pełzających larw. Kiedy to wszystko dotarło do Wieśka, to dostał mocnych
wypieków na twarzy, po czym bardzo zbladł i zrobił się prawie przezroczysty.
Poprosił wszystkich aby chwilę poczekali, pożyczył saperkę od Grześka i czym
prędzej udał się w głąb lasu. Sandra miała w obec siebie wyrzuty sumienia, ale
reszta załogi ją uspokoiła, że nie zrobiła nic złego. Mimo to, Sandra miała żal
do siebie o to, że o wszystkim mogła powiedzieć w inny sposób. Wieśka nie było
dość długo, aż w końcu powoli przyczłapał z lasu i stanął na telepiących się nogach.
Kierownik Waldek zarządził jeszcze pięć minut przerwy. Wiesiek usiadł i
wyciągnął butelkę z wodą oraz resztki ciastek. Zjadł, napił się, po czym
oznajmił że można iść dalej. Wiatr szumiał coraz mocniej. Zjawisko to było
jednak bardzo dziwne, gdyż nie ruszył się nawet jeden listek na drzewie. Kiedy
co jakiś czas wchodziliśmy do cienia, to coraz bardziej dawały się we znaki
stadka komarów. W pewnym momencie zorientowaliśmy się wszyscy, że to nie wiatr
miota drzewami, tylko „siódmy cud natury” – czyli szumy na Tanwi słyszalne są
już z kilkuset metrów! Jednak zanim mieliśmy dać się pochłonąć wrażeniom
natury, to postanowiliśmy skorzystać z usług miejscowego punktu gastronomicznego.
Grześkowi marzył się świeży pstrąg złowiony w Tanwi – albo jeszcze lepiej w
strumyku „Jeleń”! Ale jedyną rybą jaka była w ofercie, był smażony filet z
mintaja… Ela miała skromniejszą zachciankę – dobry żurek z jajkiem i kiełbasą…
Był żurek i jajko – bez kiełbasy! No, „żurek” to za wiele powiedziane… Jakiś
krochmal z dodatkiem kwasku cytrynowego! Jajko chociaż było zjadliwe… Jednak
wszystko poszło w niepamięć po tym, jak zobaczyliśmy spory asortyment produktów
Dr. Gerard! Dokonaliśmy odpowiedniej ilości zakupów i poszliśmy przez kładkę na
drugi brzeg. Kierownik Waldek raptownie rozpakował paczkę „mafijnych”.
Poczęstował wszystkich a każdy sięgnął po nie ochoczo. Za chwilę Dorota
postanowiła przetestować „Kremisie”. Smakowały każdemu Wybornie! Kierownik
Waldek rozłożył mapę. Rozpoczęliśmy dyskusję na temat wyboru drogi powrotnej…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz