Witam. Oto dalsza część mojej opowieści. Kiedy
przyszedł ten dzień mojej opieki nad skarbami Uli, byłam lekko podenerwowana.
Za godzinę miały przyjechać dzieci. I tak też się stało. Od samego progu
poczuły się jak u siebie. Zaczęłam z
nimi żartować , zaprowadziłam ich do salonu. Ela ucałowała je po kolei i zamknęła
za sobą drzwi. Moi goście rozsiadły się na kanapie. Zapytałam na co mają
ochotę, nie wiedziały. Więc musiałam wziąć w swoje ręce ich rozbawienie. Na
początku zajęliśmy się układaniem klocków, ale to się szybko znudziło, więc
zaczęliśmy malować. Dzieci wytrzymały godzinkę. Ja w tym czasie ugotowałam
kisiel z owocami , do picia podałam im sok malinowy z wodą gazowaną.. Kiedy
zjadły ze smakiem, postanowiłam wybrać się z nimi na spacer. Poszliśmy na plac
zabaw. Pogoda była piękna słoneczna. Dzieciaczki były przeszczęśliwe. Biegały
śmiały się . W końcu przybiegły do mnie , wtedy dałam im najsmaczniejsze rurki oraz markizy firmy ,,Dr Gerard”. Patrzyłam z ciekawością, czy im smakują i
okazało się że bardzo. Wpadłam na pomysł , że po zabawie pójdziemy do sklepu i
jeszcze kupimy produkty tej firmy.. Dzieci zjadły i pobiegły dalej się
bawić. Zbliżał się czas obiadu, zawołałam
dzieci , w drodze do domu wstąpiliśmy do sklepu po łakocie. Dzieci powybierały sobie
to na co miały ochotę. Asia wybrała najsmaczniejsze rurki waflowe, Jaś najlepsze krakersy , a ja wzięłam czekoladki.
Oczywiście wszystko firmy ,, Dr Gerard’’. Po powrocie do domu i zjedzeniu
obiadu, zaczęła się uczta. Oglądania i smakowania nie było umiaru. Moja siostra
zadzwoniła i poprosiła mnie , żeby dzieci zostały na noc. Musiała zostać na noc
w szpitalu. Zdenerwowałam się. W ostateczności wszystko wyszło dobrze. Siostra
zdrowa, dzieci szczęśliwe. Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz