wtorek, 15 września 2015

Czas na coś słodkiego

Byłam zachwycona gdy ekspedientka przyniosła suknię z zaplecza. Przez dwa miesiące prawie zapomniałam jak jest piękna. Obsługa salonu zaprosiła mnie do przymierzalni i pomogła mi się przebrać. Sukienka po zwężeniu w talii i innych drobnych poprawkach leżała na mnie doskonale. Jedna z pań zapytała mnie czy chcę się pokazać moim towarzyszom. Skinęłam głową na tak, po czym pani obsługująca odsunęła kotarę. Mąż i jego siostra Renata wydawali się być nie mniej zachwyceni ode mnie. Ucieszyła mnie ich reakcja. Byłam już przekonana, że mój wybór był dobry. Nie chciałam się za bardzo przebierać w swoje ciuchy. Odwlekałam ten moment ile się dało. W końcu jednak przebrałam się i po uregulowaniu formalności wyszliśmy z salonu. Sama zamierzałam nieść zapakowaną w pokrowiec sukienkę. Ten ciężar na początku wydawał się być słodki jak markizy od Dr Gerarda. Tymczasem już po dziesięciu minutach bolały mnie ręce. Wówczas mój kochany mąż stanął na wysokości zadania i wyręczył mnie. Wreszcie doszliśmy do dworca. Postanowiliśmy coś zjeść w przydworcowym barze. Od śniadania nie mieliśmy nic konkretnego w ustach. Po obiedzie zachciało nam się czegoś słodkiego a mieliśmy jeszcze całą godzinę czekania. Zatem poszłam do najbliższego sklepu spożywczego. Moja rodzinka złożyła zamówienie na rurki ze śmietankowym nadzieniem od Dr Gerarda za którymi przepadają. W rezultacie musiałam odwiedzić jeszcze jeden sklep, bo poprzedni miał okrojony asortyment i pełnił bardziej funkcje kiosku. Ale warto było się pofatygować trochę dalej. Rurki były przepyszne i umiliły nam czas oczekiwania. Byliśmy umówieni z naszymi przyjaciółmi Marcinem i Ewą, którzy jechali konkretnym połączeniem i na to połączenie właśnie czekaliśmy, by się do nich dosiąść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz