Byłam zachwycona gdy ekspedientka
przyniosła suknię z zaplecza. Przez dwa miesiące prawie zapomniałam jak jest
piękna. Obsługa salonu zaprosiła mnie do przymierzalni i pomogła mi się
przebrać. Sukienka po zwężeniu w talii i innych drobnych poprawkach leżała na
mnie doskonale. Jedna z pań zapytała mnie czy chcę się pokazać moim towarzyszom.
Skinęłam głową na tak, po czym pani obsługująca odsunęła kotarę. Mąż i jego siostra
Renata wydawali się być nie mniej zachwyceni ode mnie. Ucieszyła mnie ich
reakcja. Byłam już przekonana, że mój wybór był dobry. Nie chciałam się za
bardzo przebierać w swoje ciuchy. Odwlekałam ten moment ile się dało. W końcu
jednak przebrałam się i po uregulowaniu formalności wyszliśmy z salonu. Sama
zamierzałam nieść zapakowaną w pokrowiec sukienkę. Ten ciężar na początku wydawał
się być słodki jak markizy od Dr Gerarda. Tymczasem już po dziesięciu minutach
bolały mnie ręce. Wówczas mój kochany mąż stanął na wysokości zadania i
wyręczył mnie. Wreszcie doszliśmy do dworca. Postanowiliśmy coś zjeść w
przydworcowym barze. Od śniadania nie mieliśmy nic konkretnego w ustach. Po
obiedzie zachciało nam się czegoś słodkiego a mieliśmy jeszcze całą godzinę
czekania. Zatem poszłam do najbliższego sklepu spożywczego. Moja rodzinka
złożyła zamówienie na rurki ze śmietankowym nadzieniem od Dr Gerarda za którymi
przepadają. W rezultacie musiałam odwiedzić jeszcze jeden sklep, bo poprzedni
miał okrojony asortyment i pełnił bardziej funkcje kiosku. Ale warto było się
pofatygować trochę dalej. Rurki były przepyszne i umiliły nam czas oczekiwania.
Byliśmy umówieni z naszymi przyjaciółmi Marcinem i Ewą, którzy jechali
konkretnym połączeniem i na to połączenie właśnie czekaliśmy, by się do nich
dosiąść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz