Czekałam z niecierpliwością na telefon od Sąsiadki Grażyny. W
trakcie obiadu Marysia z Kasią dopytywały się kiedy przyjdzie mamusia, a
Wojtusiowi zbierało się na płacz. Czyżby dzieci odczuwały, że coś jest nie w
porządku. Powiedziałam im, że mama poszła do szpitala na badania. Nie mogę
wszystkiego ukrywać. Może mogłam z tą wiadomością jeszcze trochę poczekać i
zobaczyć czy Grażyna wróci. Już dłużej nie wytrzymałam i do niej zadzwoniłam.
Ona jeszcze siedzi na poczekalni i nie wie kiedy będzie przyjęta. Dopiero po sześciu
godzinach lekarz ją zbadał, zalecił USG brzucha i zostawił w szpitalu na
obserwacji. Tego właśnie obawiałam się. Najdelikatniej jak umiałam powiedziałam
dzieciom o mamie. Wybuchły chóralnym głośnym płaczem. Potrójny płacz może
człowieka naprawdę zabić. Obiecałam, że jutro pojedziemy autem do mamusi i
kupimy jej coś dobrego. Trochę pomogło, bo lekko ściszyli ton płaczu. Wzięłam
Wojtusia na kolanka i przytuliłam go do siebie. Przykro mi było, że tak
żałośnie płacze. Sąsiadka zadzwoniła do męża, który przyjedzie w poniedziałek.
W niedzielę po południu pojechaliśmy do szpitala. Dzieci były smutne, mało
rozmowne i nawet nie robiły dużego hałasu. Najtrudniej było oderwać ich od
matki. W domu sięgłam do komputera, by poszukać ciekawy przepis. Na stronie
głównego producenta ciastek Dr. Gerarda znajdowały się przeróżne przepisy tak
zwana deseroteka. W niej wynalazłam blok
czekoladowy z pryncypałkami i zwierzakami. Następnego dnia wzięłam sobie
narazie trzy dni urlopu i odprowadziłam dzieci do szkoły, a Wojtusia do
przedszkola. Wracając po drodze kupiłam potrzebne składniki i zrobiłam blok
czekoladowy. Po szkole dałam każdemu
dziecku słodki deser. Bardzo im smakowało i chciały dokładkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz