Jazda na nartach sprawia mi dużo radości. Pierwsze narty
włożyłam gdy miałam siedem lat. Moim trenerem był tata i starszy brat. Razem
jeździliśmy po niewielkich stokach blisko domu. Rzadko korzystaliśmy z wyciągów
narciarskich. Miałam szczęście, ponieważ tata jest nauczycielem wychowania
fizycznego. Zna podstawowe zasady jazdy na nartach. Mieszkamy w Jurgowie koło Bukowiny
Tatrzańskiej, a tam jak wiadomo znajduje się szkółka narciarska i wyciąg. Męża
poznałam na stoku W bukowinie Tatrzańskiej. Razem ze znajomymi przyjechał uczyć
się jeździć na nartach. Tak na prawdę, to narty miał prawie pierwszy raz na
sobie. Pan uczył go jazdy, ale zakończyło się upadkiem i skręceniem nogi. Ja
byłam w pobliżu podbiegłam do niego udzielając mu pierwszej pomocy. Wtedy
przyznał się, że dopiero zaczyna przygodę z nartami. Na koniec wymieniliśmy się
numerami telefonów. Koledzy zawieźli go na pogotowie. Już prawie o nim
zapomniałam, bo nie odzywał się. Dopiero po dwóch tygodniach zadzwonił z
pytaniem czy moglibyśmy się spotkać. Zarezerwowałam mu po znajomości pokój u
sąsiadki, a narty pożyczyłam od brata. Wziął sobie parę dni urlopu i uczyłam go
jeździć na nartach. Na początek musiał opanować chodzenie, dopiero potem
zjeżdżanie stopniowo po małych wzniesieniach. W wakacje często spotykaliśmy się
w Krakowie. Teraz już jesteśmy sześć lat po ślubie i mieszkamy w mojej
rodzinnej miejscowości. Podczas ferii zimowych przyjeżdża do nas siostra męża z dwójką dzieci. Na tą okazje zawsze
coś słodkiego upiekę. Chciałam ich zaskoczyć moimi zdolnościami kulinarnymi i
ciekawy przepis znalazłam w deserotece na stronie mojego ulubionego producenta
Dr. Gerarda. Było to ciasto budyniowe na markizach mafijnych z musem jabłkowym.
Wszyscy byli zachwyceni ciastem. W moim domu często dyżurują ciastka Dr.
Gerarda. Czasem wykorzystuje ich do kompozycji różnych smakołyków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz